Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 marca 2017

Ziarenko prawdy w starych bajaniach




W wielu baśniach, podaniach, legendach, klechdach są miejsca zakazane. Nie wolno tam wchodzić, są zamknięte, oddalone, odgrodzone. Jeśli już się tam jest – nie wolno niczego ruszać, dotykać, czasem nawet patrzeć, bo COŚ się stanie.
A mimo to bohater wchodzi tam (mniej lub bardziej przypadkowo) i doświadcza czegoś, co zmienia jego życie, bądź zdobywa coś co zmienia jego życie. Albo jedno i drugie.
Czasem jest tak, że bohater opowieści znajduje się w takim miejscu kilkakrotnie. Za pierwszym razem ucieka przestraszony, a potem wraca i zdobywa COŚ. 



* * *


Pamiątki, pamiątki, pamiątki…
Przeprowadzane to wszystko od domu do domu, zamykane w starych szafach, poupychane po kątach, pod kanapą, za szafą, pod fotelem. Ciasno, ale są... Przez lata nikt nie zaglądał do nich. Życie toczyło się swoim trybem, a ja nie dotykałam „skarbca”.
A teraz znów w obliczu zbliżającej się przeprowadzki – dotknęłam mojej małej – wielkiej historii.
Z koniecznością podjęcia decyzji – co z tym zrobić. Co zostawiam, porzucam, odrzucam, co zabieram w dalsze życie. W to nowe, wymarzone…
Otworzyłam starą szafę. Tę, w której zamknęłam przed laty wszystko to, co chciałam ocalić, albo czego nie potrafiłam odrzucić. Tak, to trochę inna bajka, a jednak wciąż ta sama.
Najpierw zapach. Nie umiem go opisać, ale nagła fala emocji uderzyła mnie, aż się cofnęłam o krok. Zapach mojej Matki, zapach mojej Babki… zmieszane, a jednak każdy z nich da się wyodrębnić. Intensywne.
Wspomnienia wywołane zapachem doszły do świadomości. Moje, i NIE moje wspomnienia. Opowieści, sceny odtwarzają się z każdym przedmiotem, na którym spocznie oko, a w głowie jest tylko wielkie „nie wiem”. Racjonalny mózg – wysiadł. Zalany przypływem uczuć, zdominowany obrazami z pamięci, wyobrażeń – odmówił posłuszeństwa.
Bezradnie sięgnęłam po papierosa. Zwężone naczynia krwionośne przywróciły moją jaźń do tu i teraz.
 Tak. Jestem ich kontinuum. Tak jak Pierworodna jest kontinuum mnie. I ich.
Szafa wypchana po brzegi.
Co chcę stąd zabrać?
Wszystkie zgromadzone przedmioty są moją historią.
Moją? Czy ludzi, którzy żyli przede mną. Niektórych nie znam. Dziadek Władysław zginął w Charkowie. Dziadek Eugeniusz zmarł nim się urodziłam. Nie znam ich. Czy oni znają mnie? Ciotka Duniasza - kawał historii. Podobno poznałam ją gdy miałam mniej niż pięć lat. Nie pamiętam. A teraz? Kim jest dla mnie ta kobieta teraz? Kim jest dla moich Pierworodnych?
W uproszczeniu, fizycznie: biorę czy wyrzucam?
W przełożeniu na wartości: biorę (a więc kontynuuję, pielęgnuję, poświęcam temu uwagę i czas, daję szansę Pierworodnym, żeby się spotkali z historią, własną przecież) czy odrzucam, dając miejsce nowemu, budowanemu samodzielnie od podstaw?
Wyciągam małe zawiniątko. Wiem co jest w środku. To różaniec. Zrobiony z chleba dla mojej Babki przez współwięźniarkę z Workuty. Jako podziękowanie… nie pamiętam za co…
Pamiętam, że wisiał u Babki nad łóżkiem, przy obrazie Matki Boskiej Ostrobramskiej. Pamiętam wspólne pacierze z Babką. Nie miłe, Babka zawsze kazała mi przepraszać za grzechy, a ja nie czułam się grzeszna.
A może to nie było tak? Może ten różaniec zrobiły wspólnie dla Babki, każda dała odrobinę chleba i nie były później głodne?
A może Babka wymusiła ten różaniec. W swoisty sposób poprosiła o jego ulepienie? Umiała doskonale manipulować ludźmi. Robili zawsze co chciała. Była psychicznie silna jak tur.
Z Workuty została zwolniona. W głowie mi się nie mieści, jak to możliwe, żeby Rosjanie zwolnili z Syberii żołnierza AK, uczestniczkę Akcji Burza. A jednak wróciła do Polski, spędziwszy za kołem polarnym zaledwie rok.
Więc co z tym różańcem?
W okolicach żołądka czuję ssanie. Tak, czas na obiad. Z ulgą odkładam różaniec. Zamykam szafę. Zajmę się tym później. Ufff. Decyzje odroczone. 



* * *


Likwidacja mieszkania Rodziców kilka lat temu, to było przeżycie, które powaliło mnie. Ubrania Mamy, książki, rysunki, obrazy, pamiątki, biżuteria… Każdą rzecz brałam w rękę i przypominałam jego historię. Sukienka, w której Mama wychodziła na spotkanie swojego brata po latach rozłąki, płaszcz, w którym chodziła codziennie, ulubiona letnia bluzka, peruka zakładana po chemioterapii. Co z tym zrobić?
Większość oddałam ciotkom i znajomym o podobnej figurze. Resztę wpakowałam do worków, aby oddać potrzebującym. Worki wystawiłam przed dom – następnego dnia miał jeździć samochód PCK. Rano telefon: „wszystkie rzeczy są rozwłóczone po ulicy, bezdomni szukali czegoś dla siebie w nocy”. Zbierałam te ciuchy i płakałam ze złości i żalu.



* * *


Masa rzeczy, które są jeszcze dobre i mogą się przydać. I pamiątki, pamiątki, pamiątki…
Zabrałam to wszystko do nowego domu i zamknęłam w starych szafach, poupychałam po kątach, pod kanapą, za szafą, pod fotelem. Ciasno, ale są... Przez kilka lat nie zaglądałam do nich. Życie toczyło się swoim trybem, a ja nie dotykałam „skarbca”. Nie mogłam. Długo podnosiłam się z tamtego doświadczenia.
A teraz znów w obliczu zbliżającej się przeprowadzki – dotknęłam mojej małej – wielkiej historii. Znów z koniecznością podjęcia decyzji – co z tym zrobić.
Tym razem silniejsza o tamto doświadczenie.
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Czterdzieści pudełek slajdów rodzinnych, z wypraw Sfinksa, wyjazdów Mamy, Cioci Wandzi, pobytu rodziny z daleka, u rodziny daleko, wakacji… Nawet nie mam na czym tego obejrzeć…



* * *


Zapiski Dziadka – lekarza. Dotyczą badań naukowych, ale są tylko dyspozycją zapisów obserwacji. Nie wiadomo czego dotyczących. No ale to mój Dziadek. Jego dokonanie. Co z tym? Oddać? Komu? Sprzedać? Komu? Może spalić? Uwolnić energię, niech wraca do Źródła?  Może to działa?


* * *


Książka. „Pan Tadeusz”. Piękne wydanie albumowe z przełomu lat 50 i 60 ubiegłego stulecia.
„Sprzedam” – myślę sobie. Oglądam. Ewidentnie nigdy ten egzemplarz nie był czytany. Więc Allegro.
Przeglądam karta po karcie. I znajduję:
„Mojej ukochanej córce w dowód wdzięczności za troskliwą opiekę w ciężkiej chorobie. Matka”
„Nie możesz tego sprzedać” – mówi moje sumienie i mam wrażenie, że łzy stoją mi w oczach.
A ja znam Babkę. Znam aż za dobrze. Przez moją Matkę jestem jej kontinuum. Spędziłam z nią bezpośrednio długie złe godziny i równie długie, dobre  i ciekawe. Ten czas zaowocował pozytywnie dopiero po głębokim przepracowaniu.
 „Mogę” – odpowiadam krótko. I jestem zdziwiona moją decyzją. 



* * *


Nadal nie wiem co robić.
Zostawić Dzieciom?
Co taka decyzja oznacza dla mnie?
Wlokę to ze sobą do następnego domu. Upycham w starych szafach, po kątach, pod kanapą, za szafą, pod fotelem.
I nie zaglądam latami.
Ale są.
Pomartwią się tym zstępni.
Odrzucam, znaczy sprzedaję, oddaję, zasilam zbiory muzealne, palę notatki i pamiętniki stare listy – uwalniam ich energię, oczyszczam, popiół oddaję ziemi. Niech zasili życie, może urośnie z tego drzewo. To też jakieś kontinuum. Żywe.



* * *


Jakoś mi lepiej, gdy myślę, że mogłabym pozbyć się tych rupieci, uwolnić od ich energii, zastoin w starych szafach, bezruchu nie moich wspomnień.
Ale…
Co na to Dzieci? To również ich korzenie…



* * *


Dziadek Władysław zginął w Charkowie. Nikt nie wiedział co się z nim stało. Ostatnia „otkrytka”, jaka przyszła od niego z obozu jenieckiego w Starobielsku, była pełna nadziei na rychłe spotkanie…
Babka szukała go do końca życia. Pisała do Czerwonego Krzyża, do Ambasady, do wszystkich możliwych organów, które mogłyby coś… Dotarła nawet do podkomendnego męża z listem, w którym błagała o informację.  „Zaginął w działaniach wojennych” i cześć. To była jedyna odpowiedź. Dochodziły plotki, że jakiś doktor Władysław o nazwisku Dziadka pracuje gdzieś na Syberii. Złośliwi komentowali, że Władek wolał Syberię niż swoją żonę.
Nie było Władysława na listach katyńskich, nadzieja wciąż żyła, a wraz z nią samotna kobieta, z poczuciem porzucenia przez męża i jej córka, którą tatuś zostawił…
W 1996 r. Matka dostała informację, że podczas ekshumacji w Charkowie znaleziono portfel i dokumenty Dziadka Władysława. Odzyskała ojca.
Co zatem zrobić z przedwojennym, solidnym fartuchem lekarskim dr. Władysława?



* * *


Zastanawiam się, czy te wszystkie rzeczy z ich, a więc i moją, historią są moim obciążeniem, smugą cienia wlokącą się za moim życiem, czy też źródłem siły pochodzącej ze świadomości korzeni?
Kiedy otwieram szafę aby je posegregować, odczuwam wielki ciężar. Ale nigdy przedtem nie otwierałam szafy, aby pobyć z tymi pamiątkami.
Jeszcze większy ciężar odczuwam na myśl, że mogę tak po prostu oddać, czy sprzedać przedmioty, które służyły moim przodkom.
Nie mam jeszcze decyzji co zrobię.
Mam za to siłę na spotkania z Szafą…



* * *




I teraz już wiem na skąd w baśniach, podaniach, legendach, klechdach wzięły się miejsca zakazane.
Nie wolno tam wchodzić, są zamknięte, oddalone, odgrodzone, bo mają wielką, magiczną, prawdziwą MOC. Śmiałek musi być gotowy, dojrzały, albo gotowy na przyjęcie dojrzałości, informacji płynących z tego miejsca. Informacji o sobie, swoich wartościach, postawach zachowaniach, emocjach…
Nie wolno niczego ruszać, dotykać, czasem nawet patrzeć. Jeśli nie jest się gotowym, za takie spotkanie można zapłacić wysoką cenę.
Pytanie: skąd wiedzieć, że już jest się gotowym, a to, co  nas spotka – wzmocni, zamiast powalić na łopatki?
Może w rodzinnych opowieściach, w obcowaniu z dziadkami, babciami, starymi ciotkami jest źródło wzmocnienia?
A może musi się pojawić w nas samych?
Nie wiem…

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Wymarzony dom i wiedźmie czary

 

Wiedźmie czary


W ubiegłym stuleciu, a nawet w ubiegłym tysiącleciu, tak między rokiem 1990 a 1993, nie pamiętam dokładnie kiedy, wiedźmy miały taką przygodę. A może to nie była przygoda wiedźm? Posłuchaj. 

Trzech ich było Olek, Szymon i Kazik. 
Największe łobuziaki we wsi. Zawsze trzymali się razem, zawsze ich pełno było wszędzie. Dokuczliwi jak muchy przed deszczem, wymyślali złośliwe dowcipy tak innym dzieciom, jak i dorosłym.
Teraz, kiedy są wakacje i tyle pracy w polu przy sianokosach i żniwach – wszyscy trzej gdzieś przepadają. Nie ma jak ich zagnać do roboty.

Olek wysoki, na głowie strzecha silnych, jasnych włosów, wesołe niebieskie oczy. Biega po polach, po lasach, a tak potrafi się z domu sprytnie wyślizgnąć, że go ani matka, ani ojciec nie zauważą i nie zatrzymają. Co robi cały dzień nie wiadomo, wraca głodny jak wilk, przyjmuje burę na klatę, obiecuje poprawę, a rano znów znika. Rodzice ręce łamią, ale dzieciaka nie upilnują. Nie ma na niego zamknięcia, nie ma na niego kary, żadnego sposobu.

Rudy, piegowaty Szymon jest chudy jak szczapa. Sprytny i zwinny bardzo, a po drzewach łazi z małpią zręcznością. Najchętniej jednak przesiaduje u wujka Józka w warsztacie. Lekcji nie odrobi, bydło byle jak obrządzi i już go nie ma. Chętnie jeździ traktorem w pole. 
W szkole łobuzuje i rozśmiesza kolegów, wymyśla psikusy, które robią inne dzieci, a on sam tylko patrzy z uciechą. Potem inni idą do domu z uwagą w dzienniczku, a on nie – tak się umie zawsze chytrze wywinąć.
Kazikowi właściwie wszystko jest obojętne. Porządek w pokoju, prace w polu, pomoc babce w ogrodzie i w kuchni. Jak każą, to coś trochę zrobi, a jak tylko może, to czyta książki, albo gra na komputerze. Nie lubi z chłopakami biegać po okolicy. I tak się z niego śmieją, że tłusty i okularnik. Ale przychodzą do niego, bo pozwala grać w Monkey Island i inne gry na Epsonie, który dostał od chrzestnego z Ameryki. Bronią go za to w szkole przed złośliwością i to nawet tych starszych z szóstej czy siódmej klasy. Bo z Szymonem nikt nie chce zadzierać. Zawsze wpędzi w kłopoty, a sam uchodzi cało.

Dziś jednak Kazik dał się namówić na pójście do wiedźm. Olek słyszał od Adasia, że tam jest zupełnie starodawnie, a wiedźmy są miłe. Adaś powiadał o okrągłych grządkach sałaty i o chlebie z miodem, który smakował zupełnie inaczej niż ten ze spółdzielni. Kazik się zaciekawił...

Więc poszli we trzech.

Zagroda wiedźm stoi na polanie w lesie. Otoczona płotem wyplatanym z patyków. Dom postawiono na górce, drewniany, na podmurówce i z piwnicą. Przed domem ogród warzywny, jakiego nie widzieli nigdzie we wsi. Rośliny rosną, jakby na piętrach, w drewnianych skrzyniach. I jest faktycznie grządka w kształcie koła. Ścieżka do drewnianej furtki  wyłożona płaskimi kamieniami.
Obeszli zagrodę dookoła. Za sadem znaleźli mały staw na rzeczce. Chwilę moczyli nogi i poszli zobaczyć drugą stronę zagrody.

Po budynkach gospodarskich widać, że wiedźmy mają tu swoje tajemne miejsca.  
Płot z patyków oddziela je od sadu. Jabłonie, grusze, śliwy i wiśnie, między nimi okrągłe grządki warzywne i z ziołami, krzaki porzeczek i agrestu.
- Co one się tak na te okrągłe grządki uparły? – mówi zaciekawiony Olek.
- Może to ich kręgi mocy – żartuje się Kazik.

Wiedźm nigdzie nie było widać, psy nie szczekały, kury spokojnie dziobały w trawie. Niezmącony spokój wczesnego przedpołudnia natchnął chłopców pomysłem...

Postanowili spłatać figla i trochę przestraszyć staruszki. 
Olek i Szymon przeskoczyli przez patykowy płot, a Kazik podszedł do drewnianej furtki.
To co po chwili zobaczył... 

Bo oto ledwo jego kumple znaleźli się na wiedźmiej ziemi – nagle na ganku domu, dosłownie znikąd, zjawia się wielka kobieta z czarnym ptakiem na ramieniu i mówi do chłopców, wyciągając rękę w ich stronę:
- Stoję tam gdzie jestem, nie ruszam się żadnym gestem, nie powiadam ni słowa, bo spadnie moja głowa.
I rzeczywiście Olek i Szymon stoją w bezruchu, patrzą tylko wybałuszonymi oczyma na staruchę. Bose stopy, szara długa suknia przepasana fartuchem, włos rozwiany i to ptaszysko na ramieniu.

Kazik  też poczuł, że nie może drgnąć, wtedy wiedźma zwróciła się do niego.
- A ty miły chłoptasku, co stoisz przy bramie, nie boisz się głuptasku, że powiem ojcu, mamie?
W tym momencie zza domu wyszła druga wiedźma, malutka, krótko ostrzyżona w okularach, a za nią dwa łaciate psy.
- A co to – powiada – mamy gości?
- Tak – mówi ta duża – będzie z nich dobry obiad – i śmieje się głośno.
Tego już chłopakom było za wiele. Szymek postanowił wziąć nogi za pas, ale odmówiły mu posłuszeństwa. Olek chciał podrapać się w głowę swoim zwyczajem, żeby zebrać myśli i coś powiedzieć na temat nietykalności cielesnej dzieci, ale nie mógł wydobyć słowa. Tylko Kazik za furtką burknął coś w rodzaju dzień dobry.

Mniejsza wiedźma otworzyła furtkę Kazikowi.
- Chcesz polatać na miotle, czy wolisz na pogrzebaczu? Tak czy siak wejdź.
Wbrew swojej woli Kazik wszedł na podwórko. Wiedźma poprowadziła go do kolegów.
- Nie ruszą się dokąd Mira im nie pozwoli. Może jest coś, co chciałbyś im powiedzieć, bo wszystko widzą i słyszą.
Kazik spojrzał na wiedźmę. Skąd wiedziała, że dawno chciał im powiedzieć, że jak przychodzą do niego, to interesuje ich tylko komputer, a on Kazik, w ogóle mógłby nie istnieć?
- No, to powiedz im to – wiedźma uśmiechnęła się – teraz możesz.
- To nie fair – wymamrotał Kazik –  bo oni są w potrzasku.
- A takiś bratku! – wielka wiedźma roześmiała się tubalnie, aż ptaszysko na ramieniu podskoczyło i przeleciało na pobliskie drzewo – No to marsz do kuchni! Niestety, będą z was pyszne kotlety!
I chłopcy wszyscy trzej powędrowali do domu wiedźm. Nogi ich tam zaniosły, choć całą siłą woli chcieli, uciekać  i ratować życie. Ale nie mogli! Byli w wiedźmiej mocy.
Co się tam później wydarzyło – nie wiemy, bo ani chłopcy, ani wiedźmy nigdy o tym nie mówili.
Dość na tym, że przed wieczorem wszyscy trzej uśmiechnięci i zadowoleni, grzecznie żegnając się ze starszymi paniami opuścili ich zagrodę i ruszyli do domów. 

Rodzice nie mogli się nadziwić, co się też stało, że dziecko zrobiło się grzeczne, pracowite, chętne do pomocy. 

Kazik (prawie) przestał  grać na komputerze, schudł i zaangażował się nie tylko w sprawy gospodarstwa, ale i z czasem został nawet przewodniczącym szkoły, a potem jak już dorósł, został wójtem gminy.  

Olek też stał się pracowity, pomocny i usłużny. Wyglądało na to, że mu taka zmiana nawet sprawia przyjemność.
Z czasem przejął gospodarstwo po rodzicach, rozwinął je stosując metody we wsi nieznane, a jednak skuteczne. Skąd je znał? Może czegoś nauczył się od wiedźm, które odwiedzał często i chętnie im pomagał…

Szymon zaś dalej żartował, tylko już nikt na tym nie cierpiał. Majsterkował przy ciągnikach i maszynach rolniczych, a że był bystry w rękach i w umyśle –  poszedł do technikum samochodowego, a potem otworzył własny warsztat, w którym naprawiał maszyny rolnicze, ciągniki i samochody. Bo pracy w polu nie lubił.

Takie to były wiedźmie czary…

wtorek, 3 stycznia 2017

Bańka, bajka i dotknięcie marzeń.



Słowem wstępu - bańka. 

Opowieść o wiedźmach - babach rosochatych - przyszła do mnie w trudnym czasie. Przyszła i kazała się napisać. 

Kazała się napisać, kiedy zmarła siwooka staruszka  z koczkiem misternie zaplecionym nad przygarbionymi plecami, najdzielniejsza cicha bohaterka dnia codziennego, jaką znałam. Pela. Jest jej po trochu we wszystkich Wiedźmach.

Wejście w alternatywny świat powstający w mojej głowie, pomogło mi podnieść się z depresji i wrócić do normalnego funkcjonowania w "rzeczywistości uzgodnionej".
Nie miałam do końca sprecyzowanej koncepcji twórczej. Miałam natomiast ogromną potrzebę uporać się ze sprawami, które zaistniały jako "mechanizm uaktywniający" niegdyś zaleczoną chorobę. Miałam też potrzebę marzyć. Nie potrafiłam skupić myśli na marzeniach. Ulatywały zbyt szybko. Wiedziałam jednak, że zapis zmusi mnie do utrzymania uwagi w czymś innym niż ówczesne myśli.
Wiedźmy prowadziły mnie krok po kroku w stronę słońca. Mądre staruchy wiedziały co robią. Ożyły w mojej głowie, pomogły przetrawić NADMIAR, uzupełnić BRAKI. 

Przyglądając się ludziom, od dawna mam wrażenie, że każdy tkwi w osobnej bańce. Bańce bardzo podobnej do baniek mydlanych, lecz zrobionej z kosmicznie trwałego tworzywa. Nie wiem co to jest. Rozpoznałam natomiast właściwości tej materii. Jest przezroczysta, lekko opalizująca, więc siedząc w swojej - widzę inne bańki wspaniałe i kolorowe. Przyglądając się bliżej czyjejś bańce - postrzegam odbicie własnej.
 Łał! Jesteśmy tacy sami! 
Łudząco obłudnie złudne złudzenie. 
Jesteśmy zupełnie różni - tam w środku bańki tkwi zupełnie inny, niepowtarzalny wszechświat. Budował się przez całe życie, od płodowego poczynając, jest w znacznej części nieodgadniony i nieznany dla samego "mieszkańca" bańki.
Przy pierwszej nadarzającej się okazji - konfrontacja wyobrażeń ze stanem faktycznym i...  widzę jak mało wiem o moim własnym bańkowym świecie. 

Bańki się nie łączą. Mogą się skleić, wyglądać jak jedna całość, a tymczasem w środku i tak oddziela je ścianka. 

Jak więc mogę cokolwiek wiedzieć o bańce innej osoby, skoro dostępne dla mnie jest tylko to co na zewnątrz?

Jest jedna droga.
Zawiła, pełna pułapek, ścieżek prowadzących na manowce, przepaści, piaszczystych dróg, w których stopy zapadają się po kostki, szerokich traktów, niekiedy autostrad, ale i śliskich grani, którymi jednak trzeba jakoś przejść aby dojść do nikłej wiedzy o czyjejś bańce.
Brzmi, jakby to była droga dla śmiałków, rycerzy czy herosów. My jednak pokonujemy ja każdego dnia i to w stosunku do wielu osób (baniek), z którymi się spotykamy.
To rozmowa. 
Komunikacja.
Wzajemne słuchanie się...
I spotkania. Te, kiedy widzisz błysk w oku i uśmiech radości na twarzy rozmówcy, bo poczuł się usłyszany.
Na prawdę, ważna jest skuteczność, nie forma. Choć dobrze jest gdy forma sprzyja treści.

A opowieść zaczęła się tak...



Zioła i pokrzywy

Nie tak dawno temu i nie tak daleko  stąd, w lesie nieopodal miasteczka pomiędzy trzema wsiami, mieszkały dwie stare wiedźmy. Miały mnóstwo lat, a ludzie z okolicy nie pamiętali czasów, kiedy ich nie było. Chociaż mówiono, że dawno, dawno temu przeprowadziły się na wieś z miasta. Ale dziś trudno w to uwierzyć.
Wiedźmy, jak każdy normalny człowiek, chodziły do sklepu po zakupy, chociaż chleb piekły sobie same, a masło robiły z mleka od Jóźwiakowej. Wiadomo było, że Jóźwiakowa mądrze karmi swoje krowy i że u niej mleko  najlepsze. Zbierały więc wiedźmy śmietankę i z niej w wielkim słoju ubijały masło. Nie wychodziło tego dużo, ale im wystarczało.
Co miesiąc listonosz Alojzy przynosił im emerytury. Mówił potem, że podobno nawet miały Internet w chatce.
Listonosz regularnie odwiedzał wiedźmy. Zapraszały go na herbatę, albo lemoniadę – zależnie od pory roku – i rozmawiały o tym co słychać u listonosza i we wsiach i w miasteczku. Alojzy im opowiadał, a potem pytał je o różne rzeczy, dzięki czemu miał co opowiadać ciekawskim, którzy nie mieli śmiałości sami wiedźm odwiedzić.
Listonosz mówił, że chata wiedźm jest widna i czysta, że są w niej suszące się zioła, że wiedźmy gotują na piecu kaflowym i że zawsze czegoś ciekawego się od nich dowie. Dały mu zioła na przeziębienie, gdy jesienią przyszedł do nich z katarem, podpowiedziały jak poradzić sobie z bólem w plecach od noszenia ciężkiej torby. A kiedy zwierzył im się, że lekarze rozpoznali u niego cukrzycę – podpowiedziały dietę i zioła, które zatrzymały rozwój choroby. Lubił je i lubił do nich zachodzić, dlatego też zawsze ich listy i emeryturę zostawiał na koniec dnia pracy. Miał wtedy dużo czasu, żeby posiedzieć i pogadać. A następnego dnia opowiadać o wizycie ludziom we wsi.
W drugiej wsi, licząc od chaty wiedźm, mieszkali Adaś i Jacek. Mieszkali z babcią, którą kochali bardzo, bo też i dogadzała im jak mogła, jednocześnie trzymając surową ręką.
Chłopcy posłyszeli kiedyś rozmowę listonosza i ich babci o wiedźmach. Pan Alojzy z przekonaniem doradzał, żeby do nich pójść, bo one znają sposoby na różne choroby.
- A co mnie tam takie wiedźmy pomogą, skoro doktorka nie daje rady! – biadoliła babka użalając się nad bólem, jakiego doświadczała w stawach i w kręgosłupie.
Adaś, który zdał już do trzeciej klasy, postanowił wtrącić się do rozmowy.
- Babciu, do wiedźm nie jest daleko, ja z tobą pójdę! – bardzo był ciekaw tych wiedźm, które pojawiały się czasem w sklepie, a czasem w kościele, czasem w rozmowach dorosłych. Jakie to za wiedźmy, co do kościoła chodzą? Powinny gotować jadowitą zupę z żab i węży i rzucać złe zaklęcia na ludzi. Żal mu było babci, że ją tak kości bolały, widział jej przygarbione plecy i ręce zniszczone nieustającą pracą.
No i poszli. Zabrali ze sobą też sześcioletniego Jacka, bo strasznie chciał.
Wędrowali przez pachnący lipcowym popołudniem las. Jak będziecie latem w lesie – zwróćcie uwagę, że o każdej porze dnia i w każdym miesiącu roku - las pachnie inaczej.
Jeszcze nie podeszli do furtki, a już jedna z wiedźm już na nich czekała.
- Dzień dobry pani Wasiakowa – powitała ją wesoło – a co to taka wycieczka do nas?
- A dzień dobry – wysapała zmęczona drogą babcia – przyszłam, bo listonosz mówił, że dacie radę pomóc na te bolące kości.
- No to zapraszam – wiedźma otworzyła furtkę – psy, na swoje! – zawołała do łaciatych kundli, które niechętnie, ale posłusznie odeszły za dom. Adaś jeszcze nie widział we wsi takich posłusznych psów.
- A chłopcy w asyście? – uśmiecha się wiedźma – no chodźcie, chodźcie – zapraszam panią do domu, bo lepiej będzie porozmawiać, a chłopcy mogą pobawić się na podwórku. - zobaczyła jednak w oczach Adasia cień zawodu i rzekła – widzę, że jesteś ciekaw domu. No to chodźcie chłopcy, tylko macie być cicho – jedna brew uniosła się wiedźmie wysoko do góry, a druga zjechała w dół. Mina była straszliwa tak bardzo, że aż komiczna i Adaś się roześmiał, ale Jacek schował się za babcią i tak wszedł do chaty.
Pachniało ziołami, drewnianym domem, trochę dymem, a trochę czymś, czego nie umiał nazwać, podobne było do zapachu kościoła. No i pachniało chlebem.
Przy stole w izbie kręciła się druga wiedźma. Była drobna, niska, miała wesołe ciemne oczy ogorzałe, pomarszczone policzki i wielki – jak na wiedźmę przystało – nos. Na nim okulary. Szpakowate włosy krótko przystrzyżone, koszulka polo i pomarańczowe  ogrodniczki. Na bosych stopach sandały. Szczupłe ręce szykowały herbatę, a uśmiech odsłaniał białe zęby.
- Jestem Melania, Mela – wyciągnęła rękę do każdego z chłopców – zapraszam na herbatę i chleb z miodem. Wy, chłopcy pewnie też chcecie chleba z miodem, co?
Adaś kiwnął głową więc i Jacek kiwnął. Zawsze robił to, co brat.
- A ja jestem Mira – powiedziała ta, która spotkała ich przy furtce. Była duża, okrągłą figurę podkreślał fartuch wiązany w pasie, a kolorowa długa suknia skrywała bose stopy.  Zawadiacki koczek siwych włosów na czubku głowy nie dodawał jej powagi, zwłaszcza, że niesforne kosmyki loczków wymykały się upięciu i wciąż łaskotały wesołą pomarszczoną buzię.
Babcia usiadła, a chłopcy ciekawie rozglądali się po dużej, niskiej izbie. Było tu inaczej niż w domach, które znali. Podłoga z desek, ale nie lakierowana, tylko woskowana, czysta, błyszcząca, w części kuchennej kafle. Tu gdzie, gdzie siedzieli przy okrągłym stoliku stały stare meble jakby z dawnych czasów, ozdobione mosiężnymi rzeźbami. Bliżej kuchni ogromny, drewniany stół z dwiema ławami do siedzenia, na ścianach obrazy, półki z książkami, nad kuchnią i na belkach pod sufitem pęczki ziół. Z jednej strony izby drzwi na podwórze, z drugiej na werandę i do ogrodu. W szczycie krótszej ściany, między półkami pełnymi starych książek były jeszcze jedne drzwi, ale zamknięte.
Jacek ciekawie na nie spogląda. Patrzy na Adasia. Tak, jest porozumienie, spróbują tam zajrzeć gdy dorośli zajmą się rozmową.
- Niech pani opowie, co się dzieje i co boli – zapytała Mira.
- Ano, pani Mirko, stawy bolą – jęknęła babcia – całe życie w polu, przy robocie, to teraz boli.
- Ano tak – pokiwała głową wiedźma – jak się siebie samej całe życie nie szanowało, to kara musi być – Mira poważnie patrzyła babci w oczy. Aż babcię zatchnęło na chwilę, a Mira mówiła dalej – nigdy siebie na pierwszym miejscu nie stawiała, zawsze do roboty pierwsza, do miski ostatnia, byle co zjadła, ciepła ani  odpoczynku nie znała, nerwów się najadła w życiu i upokorzeń, lekarzom się nie pokazywała. Tak było?
- Tak – szepnęła babcia, a chłopcy uważnie słuchali.
- No to i nie dziw, że kara przyszła – wtrąciła się Mela - ale rada jest. Albo dobrowolnie chłoście i głodówce się poddać, albo ból cierpieć.
- Chłoście? – babcia się oburzyła – no co też pani, to już przesada!
- Mela tak żartuje, pani Wasiakowa, ale w tych żartach prawda. Niech pani urwie duży pęk dorodnej pokrzywy i miejsca bolesne pokrzywą bić każe, o chłopcy pomogą, prawda – Mira patrzy na wystraszonych Jacka i Adasia – pokrzywy nazbierają i babci lanie spuszczą, najwięcej bić trzeba tam gdzie boli. A z takiego pęczka  - Mira pokazuje rękami objętość – nalewkę zrobić i smarować codziennie nawet i całą zimę, a zwłaszcza jak chłody przyjdą. A teraz przez trzy dni wiśnie i czarne winogrona jeść, pić sok z cytrusów wg przepisu, który dam, a potem dieta. Kasza jaglana namaczana wcześniej osiem godzin w wodzie z solą, albo z octem winnym, ugotować z warzywami, ale bez ziemniaków, grochu, fasoli i szpinaku. I bez pomidorów, jeść tak kilka dni, potem włączyć owoce, a po następnych kliku dniach zsiadłe mleko, twaróg i jajka. Biały chleb i bułki niech pani zostawi w sklepie na półce, tylko razowiec, mięso na miesiąc odstawić zupełnie. Wszystko, rosoły i wędliny też.
Babcia popatrzyła na Mirę, popatrzyła na Melę, popatrzyła na swoje ręce, zamyśliła się.
Tymczasem Jacek z Adasiem obchodzą kąty izby i zbliżają się do tajemniczych, zamkniętych drzwi. Kiedy są tak blisko, że wystarczy zajrzeć przez dziurkę od klucza usłyszeli szept prosto do ucha, a ciepło oddechu musnęło ich szyje.
- Ciekawość prowadzi na różne ścieżki, zastanów się, czy wrócisz z łakomej wycieczki.
Adaś aż podskoczył, obrócił się, ale za nimi nikogo nie było, a Mela uśmiecha się przyjaźnie od stołu.
- Chodźcie na chleb z miodem i mleko chłopcy – Mela wesoło zaprasza do stołu – Adaś ty już duży chłopak jesteś i mądry. I dobrze się uczysz i masz dobre, wrażliwe serduszko, a to, że jesteś ciekaw świata to twój skarb – Mela gładzi czuprynę chłopca, potem przygląda się Jackowi – masz chłopie w rękach talent ogromny, znajdź go szybko! – potem zwraca się do babci – niech pani dopilnuje, żeby chłopcy mogli dużo rysować i majsterkować, to ważne.
- Mówią o was, żeście wiedźmy. Może mają rację. Ale zrobię jak mówicie. No zbieramy się chłopcy.
I poszli. 
I zrobili tak, jak wiedźmy kazały. A babci się bardzo poprawiło. I odtąd zawsze mówiła wiedźmom „dzień dobry” w sklepie czy w kościele.