poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Światło Księżyca

 Mieszkały sobie w chatce pod lasem trzy wiedźmy. Jedna była bardzo stara i siwiuteńka; druga ruda, choć z pierwszymi siwiejącymi pasmami; trzecia zaś malutka, z czarną czupryną przyprószoną gdzieniegdzie szpakowatym włosem i wielkimi okularami na nosie. Mijały zimy, wiosny i jesienie, a one gospodarowały sobie spokojnie, z radością witając każdy poranek. Dzieci do nich zaglądały, wnuki przyjeżdżały na wakacje, a ludzie we wsi patrzyli na nie życzliwie - bo mądre to były i dobre kobiety.

Któregoś dnia, na początku października, Babcia Marynia obudziła się bardzo wcześnie. Jak co dzień pozdrowiła poranek i podziękowała Najwyższemu, że mogła się znów obudzić. Wypuściła kury na podwórko, przypatrzyła się jesieni w sadzie i nagle poczuła coś, co ją zadziwiło - dziwne drżenie pomiędzy smutkiem a radością, jakby oczekiwanie na wielką przygodę. Uśmiechnęła się do swoich myśli i podreptała do chaty przygotować śniadanie dla „dziewczynek” - bo tak zawsze myślała o Meli i Mirze.

Zapach kawy i jajecznicy na cebulce zwabił najpierw Melę, a zaraz po niej przyszła Mira.

- Co to, Babciu? Dzień Dziecka dziś mamy? - zażartowała Mela.

- A dziś jest takie święto, że postanowiłam sama zrobić wam śniadanie!

- Ojej! A co to za okazja? - dopytywała Mira.

- Święto Śniadania!

Przez cały dzień Babka krzątała się po domu, zaglądając w najdalsze kąty. Coś spisywała na kartkach, szperała w szafach, spiżarni, a nawet w piwniczce pod podłogą.

Mela w tym czasie pracowała w ogrodzie, szykując grządki pod jesienny zasiew. Szykowała miejsce na czosnek, cebulę, marchew i szpinak. Zasilała ziemię nawozem i kompostem, przykrywając ją starannie, by chwasty nie urosły przed wiosennym zbiorem. Mela uwielbiała ogród; wciąż uczyła się jego tajemnic. Pszczoły latały jeszcze w ciepłym powietrzu, doglądając ostatnich jesiennych kwiatów, by w ulu nie zabrakło zapasów.

Mira chciała wysprzątać dom, ale skoro Babka kręciła się wszędzie, poszła do dawnej obórki - dzisiejszej pracowni Zuzy. Było tam coraz więcej ziół, a coraz mniej „zuzankowych” papierów. Dziewczyna pracowała dużo, głównie w mieście lub za granicą, gdzie zapraszano ją do współpracy. Dzieci już podrosły - Franio stał się Frankiem, a zaraz będzie Franciszkiem, Marcelinka zaś pięknie wydoroślała. Mira, porządkując pracownię, przyglądała się rysunkom Zuzy. „Zdolna bestia” - pomyślała z uznaniem. „Szkoda, że zajmuje się wnętrzami, a nie malarstwem. Ale czy ktoś dziś potrzebuje jeszcze obrazów?”.

Później Mira wzięła się za obiad. Babka, wyraźnie zmęczona porządkami, drzemała na sofie. Dziewczyna cichutko obierała ziemniaki i rozpalała ogień pod fajerkami, by odgrzać wczorajszą zupę. Babka nagle otworzyła oczy.

- Jeszcze coś muszę wam powiedzieć - odezwała się znienacka. - Ale to po obiedzie, przy herbacie.

- Ciekawa jestem, co to - uśmiechnęła się Mira. - Zawsze, jak Babcia mówi, że ma nam coś ważnego do powiedzenia, to wywraca nasze myślenie do góry nogami.

Babka zachichotała cicho. Mira przyjrzała się jej uważniej i dostrzegła w staruszce jakąś zmianę. Nie umiała jej nazwać, ale czuła, że coś jest inaczej.

- Mela - zagadnęła Mira, gdy po obiedzie Babka poszła na swoją zwyczajową drzemkę. - Nie wydaje ci się, że Babcia jest jakaś inna?

- Tak. Tylko nie wiem, o co chodzi.

- No właśnie!

- Cóż, Anzelm nam powtarzał, że wszystkich dookoła będziemy widzieć na wskroś, ale najbliższe osoby zawsze pozostaną dla nas tajemnicą.

- Chyba właśnie tego doświadczamy…

Skończyły zmywanie i nastawiły herbatę. Po godzinie Babka pojawiła się w kuchni.

- Jest herbatka, dziewczynki?

- Jest, Babciu Maryniu - odpowiedziały niemal chórem.

- To dobrze, bo muszę wam wyjawić ważne rzeczy. - Staruszka toczyła wzrokiem od jednej do drugiej. - Pamiętajcie, że wszystko, co nas spotyka, jest „po coś”. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko służy temu, by człowiek mógł wzrastać. Mówię „człowiek”, ale mam na myśli każdą istotę na Ziemi.

- Tak - potwierdziła Mela, która dobrze wiedziała, że życie to ciągłe lekcje.

- Rzecz w tym, czy macie odwagę zmierzyć się z Nieuniknionym.

- Myślę, że tak - powiedziała Mira, choć w jej głosie nie było już dawnej pewności siebie.

- Człowiek jest ułomnym stworzeniem - kontynuowała Babka. - Ale kiedy tę ułomność pokonuje, jego dusza rośnie i zbliża się do Boga. To właśnie nas buduje. Nas, wiedźmy, i nas, ludzi.

Mela i Mira siedziały nieruchomo, nie chcąc uronić ani słowa.

- Jeśli nosisz w sobie niezgodę na samą siebie, jej moc może cię zrujnować albo wznieść na wyżyny. Wszystko zależy od tego, jak bardzo chcesz poznać prawdę o sobie. Kiedy prawdziwie zaakceptujesz to, kim jesteś - wtedy przychodzi czas cudów.

Zapadła cisza. Babcia Marynia patrzyła na swoje uczennice badawczo.

- To, co dziś ode mnie dostaniecie, może być trudne do udźwignięcia. Ale wiem, że podołacie.

„Dziewczynki” siedziały milczące. Mela zastanawiała się nad owym wewnętrznym konfliktem, a Mira poczuła dreszcz niepokoju. Ściemniało się. Babcia zapaliła swoją ulubioną lampę naftową. Za oknem dzień powoli oddawał scenę nocy.

- Dziś pełnia - zauważyła Mela, patrząc w szybę.

- O, faktycznie! A ja nie przygotowałam rytuału! - zawołała Mira.

- Ja przygotowałam - odparła spokojnie staruszka.

- Chodźmy nad strugę - zarządziła Babka, gdy księżyc stał już wysoko. - Weźcie koce i ubierzcie się ciepło, bo możemy tam dziś zasiedzieć. - Uśmiechnęła się filuternie.

Poszły. Nocny sad towarzyszył im szelestem liści i długimi cieniami drzew. Stanęły nad rzeczką.

- Zróbcie tu staw w przyszłym roku - powiedziała Babka cicho, choć jej głos brzmiał bezpośrednio w ich głowach. - Żeby księżyc miał się w czym przeglądać. I wpuśćcie ryby, żeby to miejsce żyło.

Mela spojrzała na Babcię. W księżycowym świetle wydawała się nienaturalnie blada. „Może jest chora?” - pomyślała z lękiem.

- Nie, Melu, jestem zdrowa - usłyszała natychmiastową odpowiedź. - Po prostu dziś wybieram się w drogę.

- Co? Dokąd? Tak po nocy? - Mira zaczynała rozumieć, ale odpychała tę myśl z całych sił.

- Miro! - skarciła ją Babka dobrotliwie.

Mira spuściła głowę, zawstydzona. Mela nie mówiła nic, tylko patrzyła na Babcię wielkimi, ciemnymi oczami. Rozumiała, przyjmowała, ale wciąż brakowało w niej zgody.

- Dziewczynki, nie martwcie się. To nie koniec świata! Może nie rozstajemy się na zawsze? Kto wie, kiedy i jak wiedźmy mogą się spotkać - mówiła Babka z wyraźnym litewskim akcentem. - Byłam już tam kiedyś… Dawno temu. Jest tam pięknie. Więc nie smućcie się, tylko zróbcie ten staw. O, tutaj! - wskazała ręką, która stawała się coraz bledsza, niemal przezroczysta.

- Babciu… - zaczęła Mira, ale głos ugrzązł jej w gardle.

- W kredensie schowałam wskazówki. Mapy skrytek w domu i tajnych przejść. Poradzicie sobie.

Babka wyciągnęła ku nim dłoń, w której spoczywał spory kamień, emanujący blaskiem podobnym do światła księżyca.

- Teraz dostaniecie ode mnie coś jeszcze. Weźcie ten kamień. Ale obie naraz!

Mira i Mela splotły dłonie w koszyczek. Gdy Babka położyła na nich kamień, poczuły delikatne mrowienie, a potem nagłe uderzenie w splocie słonecznym. Przed ich oczami, w oszałamiającym tempie, przemknęły obrazy z całych dziejów Ziemi - od momentu jej powstania. Wiedza wchodziła bezpośrednio do ich świadomości.

- To Kamień Wiedzy Wszechświata - szepnęła Babka. - Strzeżcie go. Trzymałam go w szafie, w skrytce za wieszakami. To dobre miejsce. Chaty pilnujcie, a w razie niebezpieczeństwa - spalcie ją. Kamień też spłonie; nie może dostać się w niepowołane ręce. Za każdym razem, gdy go dotkniecie, wasza wiedza się poszerzy. Tylko nie przesadzajcie, nie wiem, jakie są skutki przedawkowania - zażartowała słabo.

Patrzyły na nią wzruszone i oszołomione. Babka uśmiechnęła się po raz ostatni.

- Wiedźmy nie umierają. Rodzą się, ale nie umierają. Ciało się zużywa, więc dusza potrzebuje nowego. Same wybieramy sobie czas i los, by wzmacniać Wiedzę. A Wiedza jest nieskończona, płynie poza czasem.

Mela wzdrygnęła się i wyciągnęła rękę.

- Babciu… nigdy ci nie powiedziałam, jak bardzo cię kocham!

- Wiem, maleńka. I ja was kocham. Tobie, Miro, też dziękuję. Wiem, że nic nie mówisz, bo boisz się rozbeczeć.

Mira wzięła głęboki oddech, ale zamiast słów z jej piersi wydobył się długo tłumiony szloch. Babka objęła je obie - jej ramiona były już prawie niewidoczne.

- Płacz, kochanie, jeśli tego potrzebujesz. Nigdy nie miałam tak bliskich mi ludzi - wyszeptała.

Stały tak długą chwilę, wtulone w siebie. Gdy szloch ucichł, poczuły jedność, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyły. Kiedy Mira w końcu podniosła głowę, zobaczyła, że przytula już tylko Melę. Babci nie było. Pozostał jedynie jasny promień księżyca, który zdawał się do nich szeptać:

- Jestem z wami, moja miłość zostaje. Nie szukajcie mnie, ale patrzcie uważnie. Może nasze oczy jeszcze się spotkają…

Promień powoli popłynął w górę, ku tarczy księżyca. Mira z Melą długo jeszcze stały nad strugą, patrząc w niebo, aż srebrzystą tarczę zdmuchnął szarzejący świt.


__________________________________________________


Aspekt Terapeutyczny

Tekst ma silne działanie kojące (biblioterapeutyczne) i modeluje zdrowe mechanizmy radzenia sobie z kryzysem emocjonalnym i egzystencjalnym.

Kluczowym momentem terapeutycznym jest szloch Miry. Babcia nie ucisza jej, lecz daje pełne przyzwolenie na ekspresję trudnych emocji, zachęcając ją do płaczu, jeśli tego potrzebuje. 

W terapii to uwolnienie (katarsis) zablokowanego afektu pozwala na domknięcie procesu żałoby i narodziny nowej więzi między ocalałymi. 

Odejście Babci Maryni jest metaforą śmierci lub rozstania. Tekst uczy, jak przeżywać stratę bez popadania w rozpacz i depresję. 

Śmierć nie jest tu końcem, lecz transformacją energii i mądrości, która pozostaje w relacjach i wspomnieniach. 

Babcia Marynia codziennie rano pozdrawiała poranek i dziękowała za nowy dzień. Wprowadzenie rytuału „Święta Śniadania” to terapeutyczna technika kotwiczenia się w teraźniejszości i celebrowania małych rzeczy, co jest kluczowe w profilaktyce zaburzeń nastroju.


Aspekt Wychowawczy (Pedagogiczny)

W sferze wychowania opowiadanie staje się traktatem o mądrym mentoringu, przekazywaniu wartości oraz przygotowaniu młodego pokolenia do samodzielności.

Modelowanie samodzielności poprzez sukcesję: Babcia Marynia nie zostawia uczennic bezradnych. Przekazuje im konkretne narzędzia: instrukcje, mapy skrytek oraz Kamień Wiedzy Wszechświata. 

Z pedagogicznego punktu widzenia jest to proces emancypacji - wychowawca wycofuje się w odpowiednim momencie, wierząc w kompetencje swoich podopiecznych.

Odpowiedzialność za wspólnotę: Przekazanie Kamienia wymaga, aby Mela i Mira wzięły go obie naraz. To silna lekcja wychowawcza dotycząca współpracy, synergii i solidarności. Wiedza i władza nie mogą służyć jednostce, lecz muszą być dźwigane wspólnie dla dobra ogółu.

Ekopedagogika (Wychowanie przez kontakt z naturą): Praca Meli w ogrodzie (szykowanie grządek, dbanie o ziemię) oraz nakaz wybudowania stawu dla ryb to elementy wychowania proekologicznego.

 Autorka pokazuje, że harmonia z przyrodą uczy cierpliwości, szacunku dla cyklów życia i odpowiedzialności za ekosystem.

Zasada „Wszystko jest po coś”: To kluczowy konstrukt wychowawczy w tekście. Uczy młodego człowieka traktowania porażek, trudności i kryzysów życiowych jako lekcji oraz bazy do osobistego wzrostu, zamiast przyjmowania postawy ofiary losu.


Aspekt Psychologiczny

W ujęciu psychologicznym tekst koncentruje się na strukturze osobowości, procesie indywiduacji (stawania się sobą) oraz dynamice relacji interpersonalnych.

Archetypy i integracja pokoleniowa: Trzy wiedźmy reprezentują klasyczny archetyp Potrójnej Bogini (Dziewica/Córka, Matka, Starucha), który w psychologii Junga odpowiada różnym etapom rozwoju psychicznego kobiety. Dom pod lasem staje się bezpieczną przestrzenią (tzw. temenos), w której zachodzi integracja tych trzech aspektów psyche.

Cień i samoakceptacja: Słowa Babci Maryni o tym, że wewnętrzna niezgoda na samą siebie może człowieka zrujnować lub wznieść na wyżyny, to bezpośrednie odniesienie do psychologicznego pojęcia „Cienia”. Autorka wskazuje, że wyparcie własnych wad prowadzi do destrukcji, natomiast ich integracja i akceptacja są warunkiem koniecznym do osiągnięcia dojrzałości emocjonalnej.

Tajemnica drugiego człowieka: Cytat o tym, że najbliższe osoby zawsze pozostaną dla nas tajemnicą, odzwierciedla psychologiczną barierę poznawczą. Przypomina o granicach empatii - nawet w najbliższych relacjach musimy uszanować odrębność i tajemnicę drugiego człowieka.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Zalew


Wiosna budziła się niechętnie. Naciągała jeszcze zimową kołderkę, przykrywała nią niecierpliwe przebiśniegi i zielone źdźbła krokusów. Układała się wygodnie do drzemki, gdy słonko łaskotało las ciepłymi promieniami, i zaciągała niebo ciemną chmurą, żeby jeszcze trochę pospać. Obudziła się wreszcie — kapryśna i płaczliwa.

Babcia Marynia, Mira i Mela przyglądały jej się ciekawie, jakim jeszcze fochem obdarzy Faunę i Florę, stęsknione ciepła, słońca i obfitości…

Mela węszyła w powietrzu, szukając zapachów wskazujących, że grymaśnica zdecydowała się jednak skończyć czas swojego panowania. Ale ani w górnych wiatrach, ani w zapachach ziemi nie wyczuła nic, co napełniłoby ją wiosenną radością. Za to wyczuła coś innego…

— Mira, coś mnie niepokoi — zwierzyła się któregoś przedpołudnia, gdy obie szykowały warzywa na obiad.

— Wiosna się obraziła i już do nas nie przyjdzie?

— Coś w tym jest… — zastanowiła się Mela. — Wiesz, czuję jakiś Zamiar, ale nie umiem go dokładnie zlokalizować.

— Zamiar? — Mira zmrużyła oczy. — Jak zamiar, to musi być ludzki.

— Myślisz? To jest coś, co zaczyna zmieniać charakter. Coś, co wiele lat narastało: podskórne, niewidoczne, a ma się niedługo urzeczywistnić. Wiesz, jakieś przeobrażanie się, zagęszczanie energii, wielu energii, jakaś pulsacja… zmiana nieodwracalna.

— Skup się na tym przez chwilę, to może złapiesz sedno — poradziła Mira, skrobiąc kolejną marchewkę.

— Skupiam się właśnie, ale to nie jest tutaj. Nie u nas… chociaż ma na nas wpływ — Mela myślała głośno. — Muszę pójść za tym. Wiesz co, Mira? Pójdę!

Wytarła ręce, ubrała się ciepło i wyszła. Stanęła na podwórku i pozwoliła sobie czuć. I widzieć. Ale obrazy nie przychodziły, a odczucie było dalekie i mgliste. Instynktownie zaczęła dreptać tu i tam po zagrodzie, aż wreszcie wyszła za furtkę. Idąc za czymś, co ją prowadziło, skręciła w lewo. Najpierw drogą do leśnego traktu, przecięła go i, sama nie rozumiejąc po co, skierowała się w stronę zagrody Antoniego. Ominęła ją leśnymi dróżkami i ruszyła ku rzece. Coraz mocniej czuła, że to dobry kierunek. Sosny szumiały nad jej głową, jałowce machały jej serdecznie, a znajomy zając przyszedł się przywitać. Mela jednak nie zatrzymywała się, nie rozmawiała z lasem, jak to zazwyczaj czyniła. Bała się spłoszyć to COŚ. Zimny wiatr zawiewał jej drogę.

— Dokąd idziesz, Młoda Wiedźmo? — pytał wiejący.

— Wietrze, idę w tę stronę. Czuję coś, nie wiem co… Wietrze, albo mi podpowiedz, albo nie przeszkadzaj. Albo mnie popychaj, albo doradzaj.

Ale wiatr, jak to wiatr — zaśmiał się tylko, zachichotał w suchych badylach na skraju lasu, zakręcił liśćmi na drodze i poleciał dalej. Mela stanęła na wysokim, leśnym brzegu. Szeroki widok zawsze sprawiał, że zatrzymywała się, by popatrzeć. Puścić wzrok daleko i pozwolić mu biec hen, aż po horyzont. Działo się wtedy w niej coś wzniosłego i wzruszającego, jakby dotykała obecności Boga. Patrzyła i teraz, a wiatr przyniósł do jej uszu gniewny, choć cichy szept. Skupiła uwagę, ale nie potrafiła go zrozumieć. Ruszyła w stronę rzeki.

Pilica wysoko niosła swe rozczochrane wody. Za nią rozciągały się łąki i pola, aż po ciemną kreskę lasu na horyzoncie. Krowy nawoływały się smętnymi głosami, dymy z kominów chat wymieniały ploteczki. Mela, uważnie nasłuchując, schodziła w dół na mokre łąki, aż wreszcie stanęła na skrawku piaszczystego brzegu. Wsłuchała się w wyraźny już, wzburzony szept wody.

— Będę panią śmierci — mówiła rzeka. — Będę niosła zagładę, zatopię łąki, las i wsie. Człowiek mnie do tego zmusi. Wbrew mojej woli. Chodzili, mierzyli, mówili, szeptali… Wsie odwiedzali, studnie i strugi oglądali. Woda zapamiętała, woda wodzie przekazała.

Mela przykucnęła nad brzegiem i dotknęła ręką niecierpliwych fal. Poczuła w wodzie siłę — moc wielką, zatrzymaną, spiętrzoną. Siłę zakrywającą jej głowę, pochłaniającą bez reszty. Zabrakło jej tchu, jakby się topiła. Opanowała się, wzięła głęboki oddech i stała się rybą. Pływała nad wierzchołkami drzew, nad kominami chałup, nad łąkami i ptasimi gniazdami. Potem zrobiło jej się duszno. Poczuła, że zamienia się w błotniarkę, rośnie na grzędzie, na jabłoni, na kalenicy… Duszno, coraz duszniej, nie można oddychać! Znów się opanowała, świadomie nabrała powietrza do płuc i stała się sinicą — pierwotnym organizmem, starym jak życie na Ziemi. Miała dla siebie całe wielkie jezioro… płytkie jezioro, gnijące jezioro. Cofnęła rękę z wody.

— Będę niosła ludziom łzy, a zwierzętom śmierć — szeptała rozsierdzona rzeka.

— Nie mam na to wpływu — cicha myśl Meli weszła łagodnie w wodę.

— Mów o tym tym, którzy cię zrozumieją! — poprosiły ciemne fale. — Mów o tym tym, którzy rozumieją! — gadał nurt czarny i wartki. — Mów o tym! Niech wszyscy zrozumieją! Złamane zostaną Odwieczne Prawa!

Mela głaskała przybrzeżne fale. Słała rzece miłość ze swojego wiedźmiego serca, a rzeka przyjmowała ją i choć nadal prowadziła wody krewko, poczuła się wysłuchana.

— Powiem — szeptała Mela. — Powiem.


*    *    *


— W takim razie trzeba nam do urzędu — rzekła Mira, wysłuchawszy opowieści Meli.

— A cóż urząd ma do tego? — zapytała Babcia Marynia.

— Ma, babciu — Mira doznała olśnienia. — Jeśli rzeka mówiła o ludzkiej głupocie i o pomiarach, to trzeba dowiedzieć się, o co chodzi. Pójdziemy z Melą sprawdzić, co się dzieje.

— Oj, dziewczynki, żebyście tylko w jaką kałabanię się nie zaplątały!

Następnego dnia Mira i Mela wędrowały do Smardzewic. W Białym Domku znajdowała się Gromadzka Rada Narodowa. Spędziły tam czasu niemało i musiały mocno naciskać wszelkimi dostępnymi sposobami, żeby wreszcie dostać to, czego potrzebowały: informację. Wracały do domu milczące, a deszcz wsiąkał w płaszcze, kołnierze i czapki.

— No i coście się tam dowiedziały w tej Radzie Narodowej? — zapytała babcia z przekąsem.

— Ano nic dobrego…

— Znaczy się co?

— Myśleli, myśleli, aż wymyślili. Rzekę kijem będą zawracać — prychnęła Mira, a jej rudy koczek aż się zatrząsł ze złości. — Dziesięć lat temu już się zamierzyli, że zbiornik do nawodnień rolniczych zrobią! I po to wytną las! Cóż za absurd! Od Sulejowa do Tomaszowa są łąki podmokłe, rzeka sobie w nich po każdej powodzi znajduje wygodne miejsce, a wszystko trzymają skarpy, więc wsie są na ogół bezpieczne. A że piach u nas, to tego nie zmienisz. Tamto upadło, ale w 1967 zatwierdzono budowę sztucznego jeziora z wodą pitną dla Tomaszowa i Łodzi! Staw nam tu na Pilicy wybudują! Jaz zrobią i zaleją wszystko od Sulejowa aż do Smardzewic!

Zalew Sulejowski na tle mapy WIG z 1937 roku. Mapa znajduje się na papierowym wydaniu Zalewu Sulejowskiego Wyd. Compass.

— Oj! To i nas zalewać będą? — zmartwiła się babcia.

— Nas nie, ale woda będzie stała między skarpami. Lasy wykarczują, wsie pozalewają, łąki, wszystko! Woda będzie pod Karolinowem i prawie do Antoniego dojdzie.

— Coś podobnego. To duży staw zrobią!

— Tylko utrzymać go nie dadzą rady. Zamuli im się, zgnije. Będą chcieli wodę spuszczać i czyścić, ale nie poradzą, bo gdzie tę wodę puszczą? Na Tomaszów? Przecież planują go chronić przed powodzią!


Fragment mapy "Pilica szlak wodny" z 1964 roku (fot. zbiory A. Kobalczyka)


— Ot, kałabania! Mówiłam!

— Kałabania wielka, bo ponad tysiąc hektarów wywłaszczą, a las zetną do zera i pnie będą karczować na dwa razy takiej powierzchni! — mówiła Mira z oburzeniem.

Mela przysłuchiwała się w milczeniu. Jej myśli szukały sposobu: jak ostrzec las? Przecież drzewa nie wyprowadzą się. Zwierzęta — owszem, ale rośliny nie. I jak szybko oblecieć taki kawał świata, jak im powiedzieć? Nie mogła puścić zwykłej plotki.

— Ta siwa klacz Antoniego to spokojna, prawda? — zapytała ni z tego, ni z owego.

Babcia i Mira zamilkły. Zdziwione spojrzenia zadawały jedno pytanie: a na co ci klacz? Mira ubrała je w słowa.

— Piechotą tego nie oblecę, a na rowerze nie dam rady. Obiecałam Rzece, że powiem.

— Konno znaczy się chcesz jeździć, maleńka? — babcia mrugnęła lewym okiem.

— A macie inny pomysł?

— Może Antoni da bryczkę, to wygodnie i bezpiecznie pojedziesz — zaproponowała babcia.

— To jest jakaś myśl, ale nie wszędzie tak dotrę. Spróbuję pogadać z Antonim.

— Ale ty w ogóle kiedyś siedziałaś na koniu? — Mira potrząsnęła głową.

— Oczywiście! Przed wojną w naszym majątku jeździłam codziennie. Tego się nie zapomina.

— Przed wojną to było trzydzieści lat temu, a teraz jesteś po pięćdziesiątce. Mela, opamiętaj się!

— Mira, ty się opamiętaj! Przecież nie zdecydowałabym się na coś, czego nie potrafię.

— Dziewczynki, spokój! — ucięła babcia. — Mela wie, co robi. Jak Antoni konia da, to pojedzie. U mnie w stodółce jeszcze siodło jest, co chłopcy ukrywali. Stare ono, ale nada się, tylko popręg trzeba wyreperować i puśliska obstalować.

— A Antoniowa kobyła to pod siodłem chodziła w ogóle? — Mira broniła ostatniej linii oporu.

— Tego to nie wiem — zasępiła się Mela. — Ale pogadam.


*    *    *


Antoni słuchał Meli z uwagą. Drapał się w głowę, krzywił, ale słuchał. Tłumaczyła mu, co chce zrobić i do czego koń jej potrzebny.

— Pani Melu, dziwne to, co pani mówi, ale ja pani ufam. Jak pani mówi, że tak trzeba, to znaczy, że pomoc trzeba dać. Kobyłka spokojna, nigdy narowista nie była, od źrebaka pod moją ręką. Ale pod wierzch nie chodziła, chyba że oklep do rzeki spławiać. I to ze mną. Ano, jak pani chce, niech pani próbuje, tylko przyzwyczaić ją chwilę trzeba.

— Jakoś się dogadamy — Mela uśmiechnęła się rozradowana.

W obórce Antoniego mieszkał cały inwentarz. Kury na grzędzie, świniaki w kojcu, baran Bartek z małżonką, a pięć krów i dwa koniki w przegrodach urządzonych dość prowizorycznie. Kasztan tulił uszy, zawsze niezadowolony z ludzkiego towarzystwa, a Siwa ciekawsko wyciągała różowe chrapy.



— Kasztan! — Antoni podniósł rękę, a koń cofnął się, robiąc miejsce. Gospodarz podszedł sprawdzić, czy zwierzę wyjadło owies. — Ostatnio traci apetyt — skarżył się Meli. — A Siwa żre za dwie kobyły i humor ma — śmiał się, drapiąc klacz po szyi.

Mela podeszła do koni. Zamruczała coś pod nosem, a Kasztan nadstawił uszu i parsknął raźno. Mela znów coś szepnęła, a koń wyciągnął łeb i trącił ją chrapami.

— O! Widzę, że panienka na koniach się zna — zażartował Antoni.

— Niech mu pan zęby sprawdzi, bo wydaje mi się, że go po prostu boli, zwłaszcza z prawej strony.

Antoni dotknął delikatnie policzka Kasztana. Był tkliwy i lekko opuchnięty. Chciał zajrzeć w zęby, ale koń stulił uszy, unosząc głowę wysoko.

— O, tak właśnie robi, jak mu wędzidło zakładać — Antoni machnął ręką.

— Mogę spróbować? — Mela podeszła do zwierzęcia. Mruczała i mruczała, aż wreszcie koń opuścił łeb i pozwolił zajrzeć sobie do pyska. — Na coś mi się praktyka w majątku rodziców przydała — zagadywała w trakcie badania, zaglądając do żłobu. Owies był zbity w kuleczki i wypluty. — Kasztan ma poprzerastane trzonowce, a ich ostre końce ranią policzki. Koń cierpi, gdy je, więc traci i apetyt, i chęć do współpracy. Po tarnikowaniu wróci do normy. Zobaczy pan, będzie żarł za dwóch i zrobi się wesoły.

— Mówią, że wiedźma, i mają rację — Antoni aż cmoknął zdziwiony. — A kobyłka zdrowa, tylko brać. Jak babka ma siodło, to trzeba przyuczyć.

— Jak się Siwa zgodzi — szepnęła Mela, głaszcząc ruchliwe nozdrza. — Co, dziewczynko? Pomożesz mi?

W odpowiedzi usłyszała delikatne rżenie.

— Chyba mam zgodę — roześmiała się.

Następnego dnia Mela przyszła jeszcze pogadać z Siwą. Tym razem była już sama w stajni; Antoni zabrał Kasztana do weterynarza. Klacz wyraźnie się ucieszyła na widok kobiety. Długo ze sobą rozmawiały. Klacz pojęła misję, jaką Rzeka obdarzyła Melę. Zgodziła się nawet na siodło.



— Przepraszam cię — mówiła Mela, zakładając starą wojskową kulbakę. — Nie dam rady oklep, nigdy tak nie jeździłam.

— To nie jest przyjemne, zwłaszcza ten popręg, ale można się przyzwyczaić. W każdym razie nie gorsze od chomąta — wydawała się odpowiadać klacz.

Mela spuściła strzemiona, sprawdziła kiełzno. Wszystko w porządku.

— Siwa, nie wsiadałam na konia od trzydziestu lat. Proszę, jakoś to wytrzymaj. — Włożyła lewą nogę w strzemię. — Dla ciebie w porządku? — zapytała, obciążając je.

— Uch, trochę dziwnie — klacz przestąpiła lekko w lewo.

Mela wybiła się prawą nogą, podciągnęła na rękach, ale nieubłagana grawitacja sprowadziła ją z powrotem na ziemię.

— Cholera, nie dam rady, wstyd… — szepnęła do siebie.

— Próbuj jeszcze raz — zachęciła Siwa.

Więc znów: mocny chwyt za przedni i tylny łęk, wybicie, podciągnięcie. JEST! Udało się. Prawa noga przeszła nad końskim zadem i Mela ciężko usiadła w siodle.

— I jak ci, Siwa?

— Ych… Dziwnie. Wolałabym, żeby trochę ciaśniej przypiąć to siodło, bo wydaje mi się za luźne.

— Tak to jest — uśmiechnęła się Mela. — Przejdziemy parę kółek wokół podwórka i sprawdzisz. Ważne, żebyś mogła oddychać.

Siwa ruszyła stępa. Melę ogarnęło euforyczne poczucie szczęścia. Tak dawno nie dosiadała konia, a już na pewno nigdy na tak partnerskich zasadach. Pogłaskała szyję klaczy i nachyliła się do jej ucha.

— Uważaj! Spadniesz! — prychnęła Siwa.

— Nie spadnę! Jestem szczęśliwa — szepnęła wzruszona Mela. — A teraz uważaj, położę się na twoim grzbiecie.

— Leżysz przecież!

— W drugą stronę… — Mela odchyliła się mocno. Wysoki tylny łęk kulbaki wrzynał się w plecy, ale dotknęła głową końskiego zadu.

— Mela! Daj spokój, łaskocze! — Siwa aż podskoczyła.

— Dobra, przepraszam.

— O mało cię nie zrzuciłam! Nie rób tak więcej, tam mnie strasznie łaskocze. Antoni nawet nie używa niektórych części uprzęży, bo nie mogę wytrzymać! Takie łaskotki! — klacz aż się zadyszała.

— Wygodnie ci z siodłem?

— Może troszkę… Sprawdź, czy może być mocniej przypięte.

Mela podniosła tybinkę i podciągnęła popręg.

— Teraz lepiej. Nie wiercisz mi się na plecach. Masz ochotę na spacer?

— No, chodźmy.

— W takim razie zapraszam do mnie na marchewkę. Poznasz Mirę i babcię Marynię.

— Na marchewkę? Z przyjemnością!

Siwa skierowała się w stronę drogi.

— Jedziemy na spacer! — zawołała Mela do syna Antoniego. — Za dwie godzinki wrócimy.

— Niech pani uważa na skrzyżowaniach, bo czasem się płoszy nie wiadomo czemu — pomachał im ręką.

— Tak się z nimi bawię, żeby nie było wciąż nudno — parsknęła Siwa.

— Ach, więc to tak…

— A za tego Kasztana to ja ci dziękuję. Antoni już się na niego złościł i bat szedł w robotę. Kasztan też był zły, głodny, ciągle narzekał. A tak jest nadzieja, że będzie weselej. Skąd wiesz, którędy droga?

— Mieszkam tu od urodzenia — Siwa roześmiała się. — Znam wszystkie dróżki, którymi Antoni mnie wodzi.

— A do nas nie zajeżdżał nigdy.

— Słyszałam, jak mówił letnikom, że tam mieszkają takie kobiety, co je wiedźmami nazywają. — Zatrzymała się przed bramą chałupki. — To tu, prawda?

— Poznajesz po zapachu?

— Po zapachu i po energii. Jest tu coś takiego, że chciałabym tu mieszkać.

— No to na marchewkę!

Mela zsiadła jednym skokiem i natychmiast pożałowała — nogi się pod nią ugięły. „Chyba już nie jestem taka młoda” — pomyślała, wprowadzając konia na podwórze. Popuściła popręg i zawołała pozostałe kobiety.

— A to ci dopiero gościa mamy! — babcia klasnęła w dłonie. — Co tam u ciebie, Siwa kruszynko?

Klacz zatańczyła w miejscu, wspięła się na tylne nogi i zarżała radośnie.

— Pamiętasz mnie! — ucieszyła się babcia. — Pamiętasz!

Mela i Mira patrzyły zdziwione.

— A bo was nie było, a ja odbierałam poród — wytłumaczyła staruszka. — W święta żaden weterynarz by nie dotarł, a były komplikacje. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. — Babka pogłaskała policzki Siwej. — Tylko ty kara się urodziłaś, a jesteś teraz siwiuteńka jak ja…

Mira przyniosła marchew. Siedziały na podwórzu, patrząc na Siwą spokojnie zajadającą przysmaki.

— Jak wreszcie zrobi się ciepło, będziemy piły razem herbatkę z ciastem — rozmarzyła się babcia.

— Z ciastem? A czy konie to jedzą? — zapytała Siwa.

— Ciasta raczej nie, ale na pewno znajdzie się smakołyk dla konia — Mira pogłaskała miękką sierść za uszami klaczy.

— Hmh, hmh, hmh… — roześmiała się kobyłka.

— To co? Wracamy? — zaproponowała Mela.

— Mogłabym wrócić sama, ale Antoni umarłby z przerażenia, że cię zabiłam.

— No to wracamy razem.

Mela podciągnęła popręg. Noga w strzemię, wybicie i miękkie lądowanie w siodle.

— Musisz jednak poćwiczyć — burknęła Siwa.


*    *    *



Trudno było powiedzieć, żeby było ładnie. Słońce co prawda wstało wesołe, ale mocny, zimny wiatr przeganiał po niebie szare chmury. Mela i Siwa wędrowały w górę rzeki. Co jakiś czas Mela zsiadała i mówiła do ptaków, myszy, kretów i nornic. Zagadywała muchy i szukała norek świerszczy, by i im naszeptać. Prosiła zwierzęta, by przekazywały wiadomość o Wielkiej Wyprowadzce.

Za Karolinowem wjechały w las. Piaszczysta droga niosła cicho końskie kopyta. Mela mówiła do drzew i krzewów, ale te nie słuchały. Cóż zresztą miałyby zrobić z tą wiadomością? Gdy spotkały sarny, Mela opowiedziała im o ludzkich zamiarach.

— To dokąd mamy iść? — zapytały.

— Odchodźcie od rzeki. Na wschód.

— Przecież od pokoleń żyjemy tu, w tym lesie! Ona nas poi, gdy Południca zagląda w oczy.

— Znajdziecie strugi, wody w lesie jest dość. Jak ludzie skończą — nie pijcie wody z jeziora, bo może być zatruta.

Sarny obiecały przekazać wiadomość. Najtrudniej było z dzikami. Mądre to zwierzęta, ale uparte. Nie chciały zrozumieć, że czas zmienić las. Złościły się, Siwa się bała, a Mela musiała zsiąść i pozwolić jej odejść na bezpieczną odległość. Siwa postanowiła jednak dodać swoje trzy grosze. Kiedy stara locha przyglądała się Meli podejrzliwie, gotowa pogonić intruza, klacz podeszła do niej i szepnęła:

— Ta kobieta mówi w twoim języku, uparta starucho! Jest mądrzejsza od ciebie i ode mnie. Posłuchaj jej, bo zginiesz ty i twoje plemię!

— Siwa, ty mówisz do rymu — roześmiała się Mela.

— Do dzika chyba — grzebnęła nogą klacz.

W końcu dziki dały się przekonać. Ryły w ziemi, komentując nowiny. To podsunęło Meli pomysł. Przypomniała sobie opowieści babci Maryni o tym, jak las przenosi wiadomości — że korzenie tworzą sieć, a pomaga im w tym… zaraz, zaraz…

— Chyba chodziło o grzybnię, wiesz, Siwa?

— Hmh, hmh — odpowiedziała klacz.

— No właśnie! Grzybnia! Stój!

Mela zeskoczyła z siodła. Przeszła kilka kroków i klęknąwszy, rozgrzebała ściółkę. Znalazła sporą grzybnię. Tylko jak z nią gadać? Wyprostowała się.

— To na nic, Siwa. Nie mam pomysłu. „Chrum, chrum, droga grzybnio, grozi ci zalanie”?

— Wymyślisz coś — Siwa obeszła ją dookoła.

— Siwa, robisz krąg? — zadziwiła się Mela.

— Słyszałam, jak Antoni mówił, że kto z kim przestaje, takim się staje…

— No i masz! Pożyczyłam konia, a oddam wiedźmę. Skup się na grzybni i na zadaniu — poradziła Siwa.

Mela klęczała, zastanawiając się, co robić. Czy drzewa zabiorą korzenie i powędrują jak u Szekspira? Skupiła uwagę na Energii Życia. Oddychała spokojnie. Oddała się we władanie mocom lasu. Powoli stawała się trawą: czuła się źdźbłem, oddychała jak źdźbło, zwiędła jak źdźbło… Położyła się na ziemi i przyjęła nowe życie. Pierwsze strzępki nieśmiało dotknęły jej ciała, budując grzybnię. Stawała się częścią podziemnej świątyni. Czuła, jak staje się nerwem, mózgiem lasu.

Wtedy przekazała wiadomość. Leżąc twarzą przy ziemi, szeptała nieskładne słowa. Słyszała rozmowy drzew, szepty i krzyki, czuła trwogę i wielki gniew.

— Dziękuję — wyszeptała do ziemi.

Powoli wracała do siebie. Poczuła ciepło na twarzy — to Siwa chrapami dotykała jej policzka.

— Wciąż się czegoś uczę. Tak mało wiem o świecie… — powiedziała cicho.

Siwa stała obok, skubiąc lichą trawkę. Trwały tak, dopóki Mela nie poczuła głodu, który zazwyczaj sprowadza człowieka ze ścieżek filozoficznych na praktyczne.


*    *    *


Wędrowały dalej, gadając z wiewiórkami, myszami leśnymi i pająkami. W Zarzęcinie wyszły na nadbrzeżne łąki. Mela patrzyła na rzekę ze skarpy. Siwa zeszła w dół do wodopoju. Jadły w milczeniu, patrząc na wodę i las.

Zdjęcie wykonane w 1946 roku przez znanego tomaszowskiego regionalistę i przyrodnika Jerzego Sosnowskiego na prawym brzegu Pilicy koło Zarzęcina.


— Oj! — Siwa uskoczyła w bok.

— Przepraszam, dzień dobry — powiedział kret, gramoląc się z wykopu. — Słyszałem, że kobieta na siwym koniu zwiastuje potop. Wiecie coś o tym?

— Tak, to ja przynoszę tę smutną wieść.

— Ale co robić? Dokąd uciekać? — kret kręcił się niespokojnie.

— Na wschód od rzeki! Idź na wschód!

— Łatwo powiedzieć. Dużo mam czasu?

— Nie dłużej niż do równonocy — Mela nie wiedziała, jak inaczej określić przełom czerwca i lipca.

— To mało czasu, ale wystarczy. Pozdrawiam was, Zwiastunki! — i wrócił do swego państwa.

— Ciekawa jestem, jak on ma tam w środku — zastanowiła się Mela.

— Nie czas na badanie życia kretów. Chodźmy — Siwa tupnęła nogą. — Ostrzeż ptaki w wierzbinie, nie wyprowadzą młodych do równonocy.

Mela zawołała raz i drugi, ale ptaki nie zwracały na nią uwagi. Tylko stara wrona przyleciała od wsi.

— Kra, czemu krzyczysz?

Mela wytłumaczyła jej sytuację. Wrona zerknęła na kanapkę wiedźmy.

— Chcesz mój chleb?

— Kraaa, tak. Mówią, że kto skosztuje ludzkiego jadła, temu przybędzie sadła.

— Proszę, częstuj się — Mela podsunęła jej kawałek. — Choć z tego co wiem, nie powinnaś jeść chleba.

— Kraaa, raz nie zawsze! — porwała kanapkę i poleciała.

— No i po obiedzie — westchnęła Siwa.

— Na zdrowie. Jeszcze chwila, zrobię zdjęcia, żeby pamiętać, jak tu było.

Po zrobieniu kilku ujęć Mela znów wsiadła na konia. Przed nimi na kamieniu wygrzewała się jaszczurka. Mela szepnęła chwilę, a zwierzątko śmignęło w trawę.

— Ostrzeżone. Czy damy radę powiedzieć wszystkim?

— Pewnie nie, ale próbujmy. Antoni też wszystkiego z pola nie zbierze, a jednak stodoła jest pełna.

Znów zanurzyły się w lesie. Teren stał się podmokły. Mela chciała powtórzyć medytację, ale poczuła, że las już wie. Wiadomość dotarła tu przed nią. Klęczała oszołomiona skutecznością roślinnego świata. Jechały przez łąki, patrząc na zioła szykujące się do rozkwitu. Nagle do Meli zaczęły przychodzić obrazy: stara wieś u ujścia strumienia, młyn wodny, ludzie zbierający dobytek, płaczące matki…

— Co to jest? Tu coś było? — rozglądała się uważnie. Wokół tylko las i mokradła. Musiała zapytać o to babcię Marynię.

Wreszcie po kolejnych trzech kilometrach uznała, że misja z tej strony rzeki została wypełniona.

— Wracamy — powiedziała. Klacz spokojnie zawróciła.

— To co, pośpieszymy się? Masz ochotę na troszkę galopu?

— Ojej! Możemy spróbować, tylko nie w lesie, proszę. I uważaj na kretowiska! Boję się trochę.

— Spokojnie, czuję cię.

Siwa ruszyła truchtem. Mela początkowo podskakiwała, aż wróciła jej umiejętność anglezowania. Poczuła rozpierającą radość — ożyły wspomnienia z dzieciństwa i ukochanego konia Sekreta. Odruchowo przysiadła mocniej, łydka poszła za popręg…

— Co robisz! — Siwa zatrzymała się gwałtownie, a Melę rzuciło na przedni łęk. — Nie rób tak! To łaskocze!

— Przepraszam, to był odruch! Tak uczono konie wchodzić w galop.

— Chcesz galopu, to powiedz! — fuknęła Siwa.

— Dobrze… Przepraszam. Nie chciałam ci zrobić przykrości.

— Przyjmuję przeprosiny. Ale panuj nad tymi odruchami. Nienawidzę łaskotek!

Mela zsiadła z konia.

— Halo! Musimy ustalić zasady. Ja cię nie łaskoczę naumyślnie. Ty zaś mówisz mi, co ci pasuje. Focha przyjmę wtedy, gdy świadomie zrobię coś, co sprawia ci przykrość. Może być?

— Może być — Siwa zawstydziła się. — Nie sądziłam, że tyle spraw można z człowiekiem uzgodnić. Antoni dba o nas, czyści, karmi, ale na łąkę chodzimy rzadko. To co, pogalopujemy?

Znów ruszyły kłusem. Kiedy Mela poczuła się gotowa, powiedziała „już” i klacz ruszyła delikatnym galopem. Potem cwałem nad Zarzęcinem. Łąka śmignęła w okamgnieniu.

— Czemu tak przemknęłaś?

— Bo fajnie jest ścigać się z wiatrem!

— W Zarzęcinie jest gajówka. Może pogadać z gajowym?

— O nie! Nie wracam! Możemy wybrać się tam jutro. Ale jak wytłumaczysz człowiekowi, co robimy? Jutro chciałam na drugi brzeg… Mostu w Treście już nie ma, tylko prom. A ja na prom nie chcę! — Siwa machała ogonem. — Na wysokości Prucheńska jest bród.

— Do wody nie! Jest wczesna wiosna, rzeka wysoka.

— To zostaje most w Tomaszowie albo Sulejowie. To będzie ze sześćdziesiąt kilometrów!

— Dobra, pojadę rowerem. To będzie ze trzydzieści kilometrów, jakoś dam radę.

— Rowerem? — Siwa otrzepała łeb. — Nie chcę cię zostawiać samej. Ze mną masz szansę uciec, a na rowerze?


*    *    *


Było wcześnie rano, gdy podchodziły do nabrzeża. Prom stał po stronie Swolszewic. Mela prowadziła konia, siodło przykryła grubą derką, żeby nie było zbędnego gadania.

— Myślisz, że dam radę? — Siwa bardzo się bała.

— Dasz. W razie czego zginiemy razem.

— On dzwoni i jęczy…

— I pływa doskonale. Spokojnie.

— A jak dostanę histerii?

— To założę ci szmatę na głowę i będę cię łaskotała! — głos Meli był udawanie surowy.

— Żartujesz — w Siwej lęk mieszał się z rozbawieniem.

Prom podpłynął. Podjechał jeszcze jeden wóz z jasnym kasztanem.

— Dzień dobry, pani Melu — powiedział woźnica, pan Smola.

— Witam! — Mela nie była zachwycona spotkaniem.

— Dokąd to z Antoniową kobyłką pani się wybiera?

— A dostała czegoś, z czym nie umiem sobie poradzić. Do weterynarza jadę, do Tomaszowa, a tędy bliżej. Podobno zęby ma do tarnikowania.

— Kilka dni temu widziałem Antoniego, jak jechał z Kasztanem w tej samej sprawie.

— A widzi pan, widać za dobrze żrą, skoro im zęby na stare lata rosną — śmiała się Mela.

— Niech pani siada, kobyłkę luzem weźmiemy.

— Dzięki, ale mam jeszcze kogoś odwiedzić na Swolszewickich Błotach.

Koń Smoli zaczął dziwnie się zachowywać: rwał się, tupał, rzucał łbem. Siwa cicho się śmiała.

— Patrz, Mela, jaki cyrk kolega robi. Poprosiłam go, bo Bartłomiej to plotkarz, niech go zajmie!

Źródło https://skansenpilicy.pl/

Tak się Siwa rozbawiła, że na prom weszła bez oporów. Gdy wysiadły na drugim brzegu, Smola szybko odjechał. Mela zdjęła derkę i schowała ją w krzakach. Ruszyły brzegiem, zagadując zwierzęta. Siwa tak się zaangażowała, że sama wypatrywała nornic.

Wędrowały łąkami, niemal ocierając się o korzenie sosen. Mała rzeczka tworzyła tu błotnistą deltę. Wdrapały się na skarpę, gdzie Mela odprawiła rytuał. Tym razem usłyszała cichy głos spod mchu:

— Przyszłaś nas ostrzec? Jak mamy się ratować?

— Idźcie na zachód — wyszeptała.

Wiadomość rozchodziła się błyskawicznie. Zwierzęta same wychodziły im na spotkanie. Mela widziała w tym dowód na pomyłkę Darwina — świat przyrody współpracuje, a nie walczy. Walczy tylko człowiek. Nawet ze sobą samym.

— Czy to nie absurd? — zapytała.

— Co to jest „absurd”? — chciała wiedzieć Siwa.

— Coś zadziwiająco głupiego.

— Masz rację. Absurd.



Mela wspominała dawne czasy, gdy las dawał ludziom wszystko: od drewna po olej z bukwi i mąkę z żołędzi. A teraz, dla kaprysu, hektary pójdą pod topór. Wjechały na pagórek. W dole meandrowała rzeka, w oddali widać było dymy Karolinowa. Słońce stało wysoko, gdy zatrzymały się na posiłek. Siwa dostała owies wzbogacony o siemię lniane.

— Skąd wiedziałaś?

— Jestem wiedźmą. W naszym majątku konie były zawsze.

Powietrze było ciepłe, motyle cytrynki trzepotały nad łąką. Przed Melą stanął dorodny lis. Patrzył bez lęku.

— Może być wściekły — ostrzegła Siwa.

— Witaj, lisie — Mela ukłoniła się.

— Witaj, kobieto z białym koniem. Słyszałem, że siejecie strach. Przez was nie mam co jeść, zwierzęta uciekają. Przestańcie, bo będę musiał inaczej się do was odnieść.

— Lisie, ta łąka będzie dnem jeziora. Możesz zostać, jeśli umiesz polować na ryby pod wodą.

— Odejdź i nie płosz mi zwierzyny!

— Uparty — prychnęła Siwa.

Lis skoczył w jej kierunku, ale Mela go powstrzymała.

— Skoro wolisz zostać, twoja wola. Odjeżdżam. Chciałam ci dać kanapkę, ale sama ją zjem.

Lis patrzył za nimi, warcząc. Potem zszedł do rzeki, napił się i zrozumiał, że kobieta miała rację. Dogonił je.

— Zaczekajcie! Jestem stary, boję się, że nie znajdę innego miejsca…

— Idź na zachód. Nie daj powodów do przegonienia cię. Znajdziesz nowe łowisko i lisicę.

— Mogę pójść z tobą?

— Idę pod Murowaniec, a potem zawracam.

— Boję się. Nigdy nie opuszczałem okolicy.

— Dasz sobie radę, tak jak wtedy, gdy uciekłeś kłusownikom.

— Skąd wiesz?

— Jestem wiedźmą. Idź w swoją drogę. Odrzuć lęk.

Lis stulił uszy. Szedł za nimi jeszcze chwilę, a potem usiadł, czekając, aż wrócą.


*    *    *


Piaszczysta polana pełna była mrowisk. Mela uklękła i przywołała królowe. Robotnice i żołnierze słuchali uważnie. Królowe podziękowały za ostrzeżenie.

Las przerzedzał się. Słychać było wiejskie prace. Mela patrzyła na to z tęsknotą. Gdyby udało się uratować majątek… ale i tak komuna by go zjadła. Zrobiła kilka zdjęć aparatem. Wieś Barkowice leżała na wysokim brzegu. Mela miała wątpliwość, czy pokazywać się tam konno. Kobieta na koniu mogłaby zostać źle odebrana przez „ciemiężony lud”.

— Bez sensu — powiedziała Siwa. — Musi być inny sposób. Napij się wody, to ci coś przyjdzie do głowy.

Wróciły do lasu, nad strumyk. Mela rozsiodłała klacz i położyła się na czapraku.

— Wietrze, wietrzyku, albo mi nie przeszkadzaj, albo mi doradzaj.

Wiatr przyleciał i zaczął szeleścić. Sypnął Meli piaskiem w twarz. Wiedźma zaczęła obracać ziarenka w palcach. Piasek… krzem… Prawo Pamięci.

— Dlaczego wiatr dał mi piasek?

— Szukaj w głowie, więcej nie podpowiem — zaszumiał wiatr i poleciał.

Mela wyrzuciła garść piasku w górę. Promienie słońca lśniły w kryształkach kwarcu.

— Kryształy… kwarc! Piasek to kwarc!

Mela wstała i zaczęła tańczyć.

— Wietrze, dzięki za podpowiedź!

Siwa patrzyła z zadziwieniem, aż wreszcie i ona wytarzała się w piasku z radości.



— Siwa, możemy jechać do domu. Muszę nabrać piasku do plecaka. Kwarc ma możliwość przekazywania informacji. Zrobimy z Mirą odpowiedni czar.

Spakowała piasek do plecaka i termosu. Wsiadła na konia, choć ciężar był spory. Siwa ruszyła galopem. Plecak założyły z przodu, tak było wygodniej. Było już po zachodzie, gdy stanęły na nabrzeżu. Prom czekał.

— To były najpiękniejsze dwa dni w moim życiu — powiedziała Siwa, gdy zbliżały się do zagrody Antoniego.

— Dla mnie też — milczała Mela.

Stary lis o zachodzie słońca ruszył na zachód. Nie będzie czekał na kobietę. Skoro ma nadejść potop, czas szukać nowych łowisk.


*    *    *


Mela była wykończona. Następnego dnia opowiedziała o wszystkim Mirze i babci Maryni.

— Wiedziałam, kogo uczyć Obrzędów Natury! — ucieszyła się babcia.

— Potrzebuję waszej pomocy. Musimy „wsadzić” wiadomość w piasek, a potem sprawić, żeby z niego „wyszła” tam, gdzie go rozsypię. Naukowcy robią z kwarcu radia i zegary, to i my damy radę.

— Idę zrobić kawę — Mela poszła do kuchni. Patrzyła na szklankę. — Szkło wytapia się z piasku kwarcowego. Jeśli podgrzejemy piasek i go zaklniemy, informacja w nim zostanie. Sprawdzimy to na mrowisku pod różą.

Nad rzeczką, w wiedźmim kręgu, zapłonął ogień. W żeliwnym kociołku podgrzewały piasek.



Mela mówiła w natchnieniu: „Misja piasku o brzasku… zwierzyna niech umyka od rzeki, od doliny…”. Babcia i Mira wspierały ją energią. Gdy żar się dopalał, każda uczyniła nad piaskiem swój znak.

Ostrożnie rozsypały trochę piasku pod różą. Mrówki obwąchiwały ziarenka. Przez godzinę nic się nie działo, aż wreszcie zaczęły wychodzić, obładowane pakunkami. Kierowały się na wschód. Królowa dumnie podążała za nimi. Mrowisko opustoszało.

— O to chodziło — szepnęły wiedźmy.

Wieczorem odprawiły rytuał z całą zawartością plecaka. W piątek przyjechali Franek i Zuzka. Franek zabrał Melę Syrenką na drugą stronę rzeki. Mela ukradkiem sypała piaskiem w Zarzęcinie, Smardzewicach i na brzegach. Pilica uśmiechała się do niej promienistymi falami.


*    *    *


Budując tamę, realizatorzy natrafili na szereg geodezyjnych utrudnień, których mimo badań zupełnie się nie spodziewali. Musieli uszczelniać ogromną część zbiornika folią, zmieniać plany elektrowni, zabezpieczać niespodziewane osuwiska płytami betonowymi. W ten sposób wiedźmie czary nad Zalewem Sulejowskim można oglądać do dziś.



Ostatnia zagroda w niecce budowanego Zalewu Sulejowskiego, 1973 rok (fot. archiwum A. Kobalczyka)



żródło:
https://sulejowhistoryczny.wordpress.com/






________________________________________________________________________________________________________________________________________



1. Aspekt psychologiczny
W warstwie psychologicznej tekst skupia się na intuicji, przetwarzaniu traumy oraz mechanizmach adaptacji wobec nieuchronnej zmiany.

Wysoka wrażliwość i intuicja (WWO): Główna bohaterka, Mela, wykazuje cechy osoby wysoko wrażliwej. Jej „wiedźmowatość” można psychologicznie interpretować jako genialnie rozwiniętą intuicję - zdolność do nieświadomego integrowania subtelnych sygnałów z otoczenia (obserwacja urzędników, zmiany w zachowaniu zwierząt) w spójne przeczucie nadchodzącego kryzysu.

Doświadczenie starzenia się i powrotu do zasobów: Mela jest kobietą po pięćdziesiątce. Moment wsiadania na konia po 30 latach przerwy („grawitacja sprowadziła ją z powrotem na ziemię”, „chyba już nie jestem taka młoda”) to psychologiczna konfrontacja z ograniczeniami własnego ciała. Jednocześnie powrót do jazdy konnej symbolizuje reaktywację dawnych zasobów i kompetencji z młodości w celu poradzenia sobie z teraźniejszym wyzwaniem.

Psychologia relacji (Podmiotowość i granice): Fantastyczny dialog z klaczą Siwą to w istocie studium idealnej komunikacji interpersonalnej opartej na szacunku i asertywności. Siwa stawia jasne granice („nienawidzę łaskotek!”, „panuj nad tymi odruchami”), a Mela nie wchodzi w rolę agresora, lecz proponuje kontrakt: „ustalmy zasady (...) Ty zaś mówisz mi, co ci pasuje”.

2. Aspekt terapeutyczny
Tekst działa jak metafora terapeutyczna, która może być bezpiecznym narzędziem do pracy z pacjentem w gabinecie (zwłaszcza w nurtach Gestalt, arteterapii czy terapii traumy).

Praca z nieuchronnością straty (Żałoba): Zalanie doliny Pilicy to metafora nieuchronnej, odgórnej straty (śmierci, choroby, utraty dotychczasowego życia). Terapia uczy, że na pewne wydarzenia zewnętrzne „nie mamy wpływu”. Kluczem do przetrwania nie jest zaprzeczanie katastrofie, ale akceptacja rzeczywistości i działanie w obszarze, na który realnie ma się wpływ (ratowanie zwierząt, budowanie sieci wsparcia).

Technika uziemienia i ucieleśnienia (Embodiment): Scena, w której Mela kładzie się na ziemi i „staje się grzybnią”, to klasyczny opis głębokiego uziemienia (grounding) oraz uważności (mindfulness). W terapii traumy pozwala to na wyjście z paraliżującego lęku („duszno, coraz duszniej”) poprzez świadomy oddech i powrót do zmysłów.

Ekoterapia i uwalnianie emocji: Rozmowa z rzeką to terapeutyczny proces ventilation (wietrzenia) trudnych emocji. Rzeka (uosabiająca gniew i żal) potrzebuje zostać wysłuchana. Przelanie tych emocji na „kwarc/piasek” można traktować jako arteterapeutyczną technikę eksternalizacji problemu - zamknięcie trudnych, rozproszonych lęków w konkretnej, fizycznej formie, nad którą można zapanować.


3. Aspekt wychowawczy (Edukacyjny)
Opowiadanie niesie ze sobą silny ładunek pedagogiczny, promujący wartości prospołeczne, ekologiczne i międzypokoleniowe.

Edukacja ekologiczna i systemowa: Tekst uczy głębokiej empatii wobec świata ożywionego. Pokazuje, że przyroda to system naczyń połączonych (sieć korzeni i grzybni jako „mózg lasu”). Odrzuca uproszczony darwinizm oparty wyłącznie na walce o byt, promując w zamian współpracę jako najwyższą formę ewolucji („świat przyrody współpracuje, a nie walczy”).

Wzorce relacji międzypokoleniowych: Wspólne działanie Babci Maryni, Miry i Meli tworzy zdrowy, wspierający model kobiecego klanu. Starsze pokolenie (Babcia) nie gasi zapału młodszych krytyką, lecz służy mądrością, zasobami materialnymi (stare siodło) i emocjonalnym wsparciem („Mela wie, co robi”).

Kształtowanie postawy proaktywnej: Zamiast bezradnego narzekania na decyzje władz („Rzekę kijem będą zawracać”), bohaterki natychmiast przechodzą do konstruktywnego działania. Uczy to młodego czytelnika, że nawet w obliczu systemowej opresji lub wielkich katastrof (realia PRL) jednostka zachowuje sprawczość i może zorganizować pomoc na własną skalę.

Przezwyciężanie uprzedzeń: Przykład lisa, który początkowo reaguje agresją i lękiem przed nowym, ale ostatecznie decyduje się zaufać i zmienić swoje życie, to świetna lekcja elastyczności psychologicznej i przełamywania własnego oporu przed zmianą.

Podsumowanie
Tekst pod płaszczykiem opowieści z elementami baśniowymi przemyca głęboko humanistyczne przesłanie. Pokazuje, że uzdrowienie (zarówno człowieka, jak i świata) leży w uważnym słuchaniu, dialogu opartym na szacunku do granic oraz w odwadze do podjęcia działania mimo paraliżującego lęku.