Mira otworzyła oczy. Było ciemno. W jasnym prostokącie okna poruszały się cienie nocy.
Masz ci los – pomyślała – jestem
wyspana, a tu jeszcze nie pora wstawać.
Naciągnęła kołdrę na uszy, wtuliła się
w poduszkę. Iskra wstała, przeciągle
ziewnęła i ułożyła się na kołdrze Miry przygniatając jej nogi.
- Złaź łaciaty stworze – szepnęła Mira
kolanem trącając psa. Iskra obróciła się raz jeszcze i ułożyła jeszcze gorzej.
- Złaź, mówię, won!
Suka wstała, głośno strzepnęła uszami,
powędrowała w górę łóżka by ułożyć się na poduszce.
- Może być, higiena to przesąd –
mruknęła wiedźma odwracając się na drugi bok. Jeszcze chwilę walczyła z kołdrą,
szukała ulubionego dołeczka w materacu, aż poczuła wygodę. Kołdra na uszy.
Zamyka oczy wyrównuje oddech. Jest dobrze…
Nie jest dobrze!
Siku!
Wstaje. Po ciemku wędruje chłodną
podłogą do łazienki. Zapala światło. Fuj! Razi!
Deska jest zimna. I woda w umywalce
też.
Wraca do łóżka, zmarznięta. Układa
się, kołdra na głowę, biodro w dołeczek, poduszka wystygła, brr... Stopy
lodowate. Kokosi się chwilę, wreszcie jest wygodnie.
Iskra podnosi kołdrę nosem. Raz,
drugi, wreszcie robi sobie wygodne wejście, włazi w ciepłą przestrzeń. Zimny,
mokry nos czule dotyka Mirę pod kolanem.
- Won suko! – Mira aż siada na łóżku.
Zdejmuje psa i stawia na podłodze. – Psy mają swoje miejsce, a ludzie swoje –
mówi do Iskry. – Ty mieszkasz na
posłaniu. SWOIM posłaniu. Łóżko jest moje!
Jeszcze raz się układa i znów robi jej
się miło. Wreszcie rozgrzała się. Czuje jak łaciate łapki włażą na łóżko, wie,
że to musi nastąpić. Wzdycha i próbuje zasnąć.
Wtedy przypomina jej się, że nie
pamięta, czy zapłaciła za prąd w tym miesiącu. A może to Mela płaciła rachunki
na poczcie?
- Nie ważne – mruczy – rano sprawdzę.
– obraca się na drugi bok. Kołdra na głowę,
dołeczek – jasna cholera, znowu ten pies na nogach. Poszła won!
- Mira, co ty wyprawiasz? Śpij!
- Nie mogę! Obudziłam się!
- Mela westchnęła.
- Mela?
- Co?
- Zapłaciłaś za prąd w tym miesiącu?
- Nie wiem?
- Bo ja nie pamiętam…
- Kobieto, oszalałaś? Co cię obchodzi
prąd w środku nocy!
- Męczy mnie.
- To wyłącz.
- Eeeech! Nie rozumiesz bezsenności!
Pogadałabyś ze mną to bym zasnęła.
- Ale ja bym nie spała. Bądź cicho…
śpij! – Mela mówi już przez sen.
Mira leży jeszcze chwilę. Jest
kompletnie obudzona, zła, głodna i chce jej się pić. Patrzy na zegarek. Za
piętnaście trzecia. Bez sensu – myśli, ale siada na łóżku. Spuszcza nogi na
podłogę. Przez chwilę szuka kapci – zawsze się wepchną głęboko pod łóżko –
wstaje i idzie do kuchni. Nastawia
herbatę rumiankową. Robi ogromną pajdę chleba z twarogiem. Otulona
wełnianym kocem mości się wygodnie na sofie i je. Grom przybiegł sprawdzić, czy
i dla niego nie ma smakołyków. Siada naprzeciw Miry i patrzy najwierniejszym
psim wzrokiem. W kanapkę.
- Masz dziadu proszalny – Mira oddaje
mu kawałek skórki. Grom powoli, z namaszczeniem rozkoszuje się kęskiem.
Wskakuje na sofę i układa się obok Miry napierając bokiem na jej biodro.
Za oknem ptaki zaczynają stroić głosy
przed porannym koncertem.
Mira patrzy przez firankę na czerwcowy
przedświt. Ciepło naparu rozchodzi się po brzuchu, koc miło grzeje. Mira słucha
ćwierkania i trelów, Grom grzeje… Jeszcze chwila i wiedźma śpi snem
sprawiedliwego zwinięta jeden w kłębek z psem.
Słońce stoi już wysoko na niebie, gdy Mela wchodzi do kuchni. Na blacie rozkrojony bochenek, masło i twaróg. Rozgląda się i widzi Mirę śpiącą na sofie. Grom i Iskra kręcą się wokół Meli zaglądając jej w ręce. Mela cicho podchodzi w stronę Miry, ale Grom zastępuje drogę.
- Ma się wyspać? Tak? Znowu nie spała
w nocy?
Grom merda ogonem.
- Dobrze, dobrze – Mela nastawia wodę
i robi śniadanie dla obydwu. Wie, że gdy tylko zapachnie w izbie kawą, Mira
obudzi się. Delikatnie ustawia na stole talerze i jedzenie. Potem rozpala w
piecu, aby zrobić kawę. Gdy woda w rondelku gotuje się sypie 2 łyżki drobno
zmielonej kawy. Gotuje dwie minuty. Teraz cynamon. I znów dwie minuty
pogotować. Teraz imbir i goździki, a za chwilę pokrojona truskawka. Na koniec
kilka okruszków soli.
Zestawia garnek z ognia. Cedzi wywar
przez gęste sito do imbryka. Dodaje miodu i wanilii.
- Pachnie kawą, dla mnie też zrobiłaś?
– zaspany głos Miry odezwał się w przewidzianym momencie.
- Jasne. Wyspałaś się?
- Nie, ale już będę żyć!
- Znowu cię obudziło po nocy?
- Och, nie przypominaj mi! I jeszcze
Iskra ładowała się pod kołdrę z tym zimnym nosem albo kładła na nogach jak wór kartofli.
- No co ty, przecież to taki mały
pieseczek – śmieje się Mela, która wie, jak Iskra kładzie się na kołdrze.
- W nocy robi się ogromna jak słonica
w ciąży. I wszędzie ma nosek.
- To nie najadaj się za bardzo, zrobię
ci masaż. A na noc zaparzę ziół.
- O tak! Poopiekuj się mną… – Mira trochę żartuje, a trochę nie – ale
masaż wolę wieczorem, przed snem.
- Wiesz, myślę sobie, że mogłybyśmy
pojechać nad ten Adriatyk. Fundusz na
podróż się znalazł, a jak Szymon zajmie się maluchem, to dojedziemy w tę i z
powrotem.
- Tak sądzisz? – Mira ożywia się, a
Mela wie, że wiedźma trochę boi się podróży.
- Patrz – Mela szerokim gestem
przedstawia obraz – plaża, morze i twoje urodziny z dobrym winem i cytrusami
dojrzałymi w słońcu.
Mira westchnęła i przełknęła ślinkę.
Uwielbiała cytrusy. Pamięta ich smak z podróży do Włoch, ach… to było przed
wojną, więc chyba się nie liczy.
Oczy Meli śmieją się. Wie, że trafiła
w kolor! Chce zadbać o Mirę, która ostatnio miała kilka „trudnych przypadków”.
Wie, że kosztowało ją to dużo energii. Owszem, uzupełniała, chroniła się, BHP to podstawa funkcjonowania wiedźmy, ale
zwykłe ludzkie zmęczenie daje o sobie znać.
- I tak zamkniemy chatę i pojedziemy?
– Mira cieszy się jak dziecko i niepokoi jak staruszka – psy i kury do
Jóźwiakowej, chata na klucz, a my w drogę?
Tak. Zabezpieczymy zaklęciem i znakami
i poprosimy Szymona, żeby tu zaglądał.
- A co z potrzebującymi?
- Będą musieli poczekać, albo zgłosić
się do Łucji lub Gabrysia, chcący znajdzie.
Mira marszczy nos. Gabriel jest
młodym, zdolnym tarocistą i coachem, jak to się teraz nazywa i mieszka 80 km
stąd, ale do Łucji trzeba jechać w Bieszczady
- Głupio tak wysyłać ludzi z centrum
Polski na koniec świata – zgłasza swoją wątpliwość.
- Głupio to dać się wykończyć – Mela
przedrzeźnia Mirę. – Powiesimy kartkę i będzie luks, jak mówi Mysza.
- No właśnie, a myszy?
- Wyprowadziły się w końcu marca – nie
zauważyłaś?
- A jakoś tak… - Mira została
przyłapana na nieuważności – wyszły bez pożegnania…
Wiedźmy roześmiały się.
- Chodź, nazbieramy truskawek na
kompot.
Wyszły przed dom. Mira spojrzała w
stronę truskawek, a Mela w przeciwną.
- Mamy rower? – zapytała.
- Raczej nie – powiedziała Mira i
dodała podążając za wzrokiem Meli – raczej tak!?
- Ale nie miałyśmy – prawda?
- W każdym razie nie taki biały i nie
taki nowy! Nie trzymałyśmy też dotąd
rowerów w krzakach jaśminu…
- To co on robi na naszym podwórzu i
gdzie jest ten, który go tu przyprowadził! – nozdrza Meli zaczęły wietrzyć,
wiedźma zmrużyła oczy, podeszła do pojazdu i węszyła wokół, wreszcie powąchała
kierownicę.
- Obwąchaj siodełko – poradziła Mira.
- Proszę, może ty jesteś chętna –
odcięła się Mela.
- Dziękuję, to nie moja kompetencja. I
kto to?
- Rower jest chyba wnuczki Antoniego,
ale nie ona na nim tu przyjechała.
- To co robimy? Czekamy na rowerzystę,
czy odprowadzamy to cacko – Mira oglądała rower okiem znawcy.
- Hi, hi, z truskawek mamy dobry wgląd
na rower, to może poczekamy…
- Ja bym odprowadziła…
- I znowu się zasiedzimy! A truskawki
zgniją! Albo niech tu stoi, albo go przelokujmy.
Mira zastanowiła się. Nie chciało jej
się ganiać do Antoniego, a ciekawa była co ostatecznie z tego wyniknie. Poszła
więc potulnie w truskawki.
Kiedy miały już kilka kobiałek Mela
podniosła nos. Węszyła chwilę, a potem spojrzała na Mirę. Wiedziały!
Mira wyszeptała zaklęcie wyciągając
rękę w stronę roweru – Jestem tu gdzie jestem, nie ruszam się żadnym gestem,
nie wypowiem ni słowa, bo spadnie moja głowa.
Potem wiedźmy wylazły z truskawek i
podeszły do roweru, który nie stał już w krzakach.
Ręce trzymają kierownicę, lewa noga na pedale, prawa kolanem nad siodełkiem, łydka już przeszła za oś roweru. Mira zatrzymała go w takim momencie! Nie może się ruszyć, ani przewrócić, ani puścić roweru. Chłopak około siedemnastu lat. Nietutejszy. Gęba pryszczata, włosy brudne, zupełnie nieświeża flanelowa koszula w kratę, podarte jeansy i przerażony wzrok.
- Co? Zamurowało? – pyta wiedźma
tubalnym głosem.
Cisza.
- Coś ty za jeden i skąd jesteś? –
pyta Mela.
I nagle obie roześmiały się.
- Ach, zapomniałam! No, już możesz
mówić – machnęła ręką.
- Jezu! Coście za jedne? Co mi
zrobiłyście?
- My tu zadajemy pytania – Mela już
się nie śmieje, głos ma lodowaty.
- Gadasz sam, czy my mamy ci
opowiedzieć skąd jesteś synku – Mira unosi brew.
Ale chłopak nic nie mówi, tylko gapi
się na nie w tej swojej pozycji wsiadającego.
- Nie, to nie, postój sobie tu
chłoptasiu w ciszy. – Mira znów machnęła ręką. Dla pewności obchodzi go dookoła
trzy razy rysując na ziemi granicę. Będzie chronić go przed własną głupotą i
przed ucieczką. Potem wiedźmy usiadły na tarasie oskubać szypułki.
- Na moje oko, - mówi Mira głośno,
żeby przy bramie było słychać - koleś na imię ma Patryk i właśnie kilka dni
temu dał nogę z zakładu poprawczego w Trzemesznie. Wędruje, głównie piechotą,
do Stalowej Woli. Zwędził rower u Antoniego i myśli, że dojedzie na nim do
domu, a tam go sprzeda.
- Myślisz?
- No, a co innego?
- A bo jeszcze sobie myślę, że ma
ochotę po drodze porozrabiać. – Mela patrzy zmrużonym okiem.
- No, ma… ale chyba właśnie mu
przechodzi – Mira wzięła miskę z truskawkami i weszła do domu. Mela popatrzyła
jeszcze na chłopaka i też weszła do chaty.
***
- Patrz, wyszło dwadzieścia słoików
kompotu – Mela jest zadowolona. Lubi mieć zapasy na zimę. Czuje się wtedy
bezpieczna. To, czego naprawdę się boi to głód. Doświadczyła głodu w swoim
życiu i wie, do czego może doprowadzić człowieka.
- Mira, całkiem zapomniałyśmy! On tak
nam sterczy przy bramie.
- Oj, rzeczywiście – Mira wychodzi
przed dom, idzie do „posągu” ze słodkim uśmiechem – nabiera rozumu i kruszeje
powoli – cedzi słowa przyglądając się chłopcu.
- No może skruszał już na tyle, żeby
dać mu jeść, bo to piąty dzień jak nic nie je.
- Toż by umarł! Wiesz przecież, że
ukradł chleb, mleko i czekoladę w markecie w Babiaku, a w wiejskim sklepiku
wyżebrał przeterminowane parówki i stare bułki. No i pod szkołą w Kłodawie
pozabierał dzieciakom kanapki, jogurty i soczki. Ale nie przejadł się ostatnio,
to fakt. – Mira zagląda w oczy chłopaka. Są wystraszone i zmęczone. – Będziesz
grzeczny – bardziej stwierdza niż pyta. – No, mów! – machnęła ręką.
- Kim jesteście?
- Wiedźmami z chatki w lesie –
odpowiada Mira – no chodź do chałupy bratku, zjesz coś, bo Mela ma lepsze
serduszko niż ja. – Obeszła go trzykrotnie w przeciwnym kierunku, potem coś
wymamrotała i chłopak runął na ziemię. Mira podniosła rower. Chwilę machała nad
nim ręką, potem znów coś powiedziała, otworzyła furtkę i rower potoczył się
drogą w stronę domu właścicielki.
- Kim pani jest? – zapytał jeszcze
raz, a potem zemdlał.
- No i co teraz?
- Nic, zaraz się ocknie.
Kiedy otworzył oczy leżał na miękkiej
sofie w izbie pachnącej chlebem, dymem i czymś, co sprawiało, że czuł się tu
swojsko i dobrze. Spróbował poruszyć kończynami – działały. Lewa noga bolała,
prawe biodro też. Spojrzał na dłonie. Czerwone ślady od uchwytów kierownicy
piekły jak oparzenie. Chciał się zerwać, ale nie mógł. Obok niego stała
niewielka staruszka z miską kaszy w ręku.
- Masz, zajadaj! – podała mu łyżkę.
- Dziękuję… - powiedział, chociaż
chciał rzec zupełnie coś innego. Coś co całkiem nie nadawałoby się do zapisania
w tej książce. Ani w żadnej innej.
Spojrzał na kaszę. Polana śmietaną,
obok ogórek małosolny. Zjadł. Poczuł się strasznie zmęczony.
- Nic z tego kochasiu, najpierw się
umyjesz. Potem upierzesz ubranie, a na noc założysz to – podała mu swoją wielką
flanelową koszulę nocną. Przykro mi, nie mamy tu męskiej garderoby. – Tubalny
głos wielkiej baby postawił go na nogi. – Tam jest łazienka. Niebieski ręcznik
dla ciebie.
Chcąc, nie chcąc nogi zaniosły go do
łazienki. Chwilę zmagał się z własnym ciałem, chcąc przejąć nad nim kontrolę,
jednocześnie rozglądał się jak stąd nawiać. Ale myśli o ucieczce sprawiały, że
ciało stawało się coraz bardziej drętwe.
Skapitulował. Odkręcił wodę i wszedł pod prysznic.
- Będziesz spał na sofie – powiedziała
Mela. Najpierw musisz odpocząć, a potem zaczniemy resocjalizację. Ja się tobą
zajmę.
- Bogu dzięki – szepnął, bo tej
wielkiej bał się jak ognia.
- Nie ciesz się zanadto…
***
- I co z nim zrobimy? Zgłosimy go na
policję? – Mela szukała rozwiązania.
- No coś ty. Zgnoją go w tym
poprawczaku. Będzie miał u nas prace społecznie użyteczne, a potem wróci do
domu. – Mira mości się w swoim dołku.
- A tymczasem będą go szukać i w końcu
znajdą u nas. Lipa.
- To będzie miał prace społecznie
użyteczne, a potem wróci do Trzemeszna? – Mira się krzywi.
- Według prawa tak powinno być.
- A według Prawa?
- Nie wiem… Bo w Trzemesznie go popsują. Koledzy. On
jeszcze jest do uratowania.
- To co robimy?
- Masaż Ci robimy – przypomina Mela.
- Idziemy spać. Jutro długi dzień.
- Najpierw masaż – upiera się Mela.
- Dobra – zgadza się Mira, bo bardzo
lubi masaże…
***
Patryk zmywał po posiłkach, sprzątał,
rąbał drewno. Mela musiała mu pokazać jak to się dokładnie robi, a Mira na
wszelki wypadek ograniczała mu przestrzeń.
Poruszał się swobodnie w promieniu kilku metrów. Kończył jedną robotę –
dostawał następną. Tylko do pielenia się
zupełnie nie nadawał. Pokazywały mu co ma zostać, a co nie, cierpliwie
tłumaczyły, dały obrazki, nie pomagało. Nie odróżniał i już! Zdecydowały się
pozwolić mu na wykonanie prac, do których przygotowywała go szkoła w
Trzemesznie.
Patrykowi nie podobały się te zajęcia. Bał się wiedźm, bo potrafiły pokazać mu, kto tu rządzi. Cóż z tego, że okazywały mu serdeczność, rozmawiały wieczorami i słuchały co ma do powiedzenia. Cóż z tego, że ustalały z nim zakres prac i sposób ich wykonania, kiedy równocześnie sprawiały, że każda myśl o ucieczce, czy odpoczynku w czasie pracy to był fizyczny ból. Jeśli zrobił coś nieporządnie – robota rosła przed nim w magiczny sposób, było jej dwa, trzy razy więcej.
Kiedy przysiadał odpocząć – dopadały
go komary, a kiedy próbował podejść do furtki albo płotu – napotykał
niezrozumiałą dla siebie taflę czegoś, co nie pozwalało mu przejść.
Któregoś dnia emocje sięgnęły zenitu.
Zaczął się miotać po swojej niewidzialnej klatce. Odbijał się od niewidzialnej
tafli, rozpędzał i uderzał w nią raz po raz.
- Co wy myślicie stare wiedźmy! Że ja
tu będę harował jak wół? Zwieję wam zanim się obejrzycie, wstrętne ropuchy!!!
- Próbuj – zaproponowała Mira.
- Stare, głupie babska! Bujajcie się z
tym wszystkim same! Nie będę nic robił! – wygłosił jeszcze wiele obelżywych
słów pod adresem Meli i Miry z osobna i obu razem.
- Niewolnika sobie znalazłyście! Żebym
się tu zdechł! Zarobił się na śmierć! Gówno! Palcem nie ruszę!
Ledwie wyrzekł te słowa, wszystkie
palce mu zesztywniały.
- Suki! – ryczał – nienawidzę was! – z całych sił rzucił się
na taflę, tłukł w nią rękami, kopał, pluł, aż zmęczony osunął się na
ziemię. Wił się, krzyczał i płakał ze
złości jeszcze długi czas, a Mela i Mira stały nad nim. Kiedy się zmęczył tak,
że nie miał sił się ruszyć, Mela usiadła obok i zaczęła głaskać go po głowie.
Władza w palcach wróciła. Mela głaskała go i głaskała, aż wreszcie podniósł się
i usiadł.
Długo patrzyli sobie w oczy.
Patryk czuł, że Mela wie absolutnie
wszystko i że absolutnie wszystko mu wybacza. Przytulił się do niej i rozbeczał
jak dziecko. A Mela płakała razem z nim. I były to inne, dobre łzy.
***
W stodółce oprócz suszarni ziół, drewutni i spichlerzyka było miejsce szumnie zwane przez wiedźmy stolarnią. Narzędzia pamiętały króla Ćwieczka, ale można było nimi sporo zrobić.
Więc Patryk dostał robotę stolarską. Począwszy od skrzyń na grządki permakultury, przez naprawę bramy i okna na stryszku pracowni, balustradki na tarasie, aż po wymianę deski w stawidle. Na koniec dostał zadanie zaprojektowania i wykonania kilku domków dla pszczół murarek. Zajęło to Patrykowi tydzień. Wiedźmy każdego dnia poszerzały mu pole swobody. Co wieczór rozmawiały z nim i żartowały. Opowiadał o swojej rodzinie, o życiu ulicy i dziewczynie do której uciekł. Mówił o poprawczaku i o niepisanych zasadach wśród wychowanków. Czuł się lubiany i akceptowany jak nigdy dotąd.
- Czy mógłbym tu zostać na zawsze? –
zapytał we czwartek przy kolacji.
- Nie – odpowiedziała Mela łagodnie –
będziesz mógł nas odwiedzać.
Patryk zwiesił głowę.
- Przecież jestem wam przydatny. I
nauczę się rozróżniać te rośliny, i mogę skopać wam cały ogród. I odgarniać
śnieg zimą… Nie chcę tam wracać!
- Patryk. Wiesz, że możemy cię
wyeksportować do Trzemeszna w pięć sekund. Ale chodzi o to, że są dwa rodzaje
praw. Jedno, to prawo społeczne, które ustanowili ludzie. I to prawo upomniało
się o karę za twoją przeszłość i za twoją niepokorną postawę. Jest również
drugie Prawo. Można je nazywać jak się chce. Energią, Kosmosem, Bogiem, Karmą.
Mniejsza z tym jak się nazywa. Jest. I ono również upomniało się o ciebie i o
twoją przyszłość, dlatego rower przywiózł cię tutaj.
Zapadła cisza.
- Naprawdę nie mogę zostać?
- Nie.
- A kiedy mam odejść?
- Same Cię odwieziemy. Nie będziesz
się nigdzie szwendał. Pojedziemy w poniedziałek. Przez weekend możesz jeszcze u
nas zostać. W Trzemiesznie okażesz przepustkę na cały ten „urlop”. Na szczęście to mniej niż 21 dni. Mira
wszystko załatwiła.
- Dziękuję – twarz Patryka
rozpromieniła się. Nauczył się już niczemu nie dziwić. Chciał jeszcze coś
powiedzieć, ale w drzwiach stanął rudy mężczyzna.
- Cześć Wiedźmy – Szymon jak zwykle
bez pukania wszedł do izby – o! macie gościa! Przepraszam. Przyprowadziłem
malucha.
- Cześć Szymon. Siadaj, napijemy się
herbaty i odwiozę cię do domu – mówi wesoło Mela.
- A to co? – pyta cicho Szymon
wskazując na Patryka. Wie, że u wiedźm są głównie „przypadki” a nie goście.
- Resocjalizacja – szepcze Mira. W
poniedziałek wraca do… domu.
- Znowu wzięłyście się za młodzież –
śmieje się Szymon. – Wiesz co one nam zrobiły, młody? – i Szymon opowiedział
przygodę z dzieciństwa. Jak zakradli się do wiedźm, żeby je nastraszyć i jak
Mira trzymała ich w potrzasku i jak jedli naleśniki z czekoladą popijając
mlekiem, a wiedźmy przepowiadały im przyszłość pokazując w kryształowej kuli,
co ich czeka i jaki mają wybór. Przejęli się bardzo! Bo widzieli siebie jako
dorosłych.
- Tu, przy tym stole widziałem jak
koleś zmienia się z dzieciaka w dorosłego faceta. I jako ci dorośli
rozumieliśmy wszystkie błędy popełnione w życiu. I wszyscy trzej ostatecznie
dokonaliśmy właściwych wyborów i wyszliśmy na ludzi, tak nas te czarownice
wyrychtowały. Teraz jedyne co mogę dla nich zrobić za uratowane życie, to
naprawiać tego malucha w nieskończoność. Uparły się nim jeździć, a on już tylko
numery chyba ma fabryczne, resztę sam dorabiałem przez te wszystkie lata. Ale
nie martwcie się! Wszystko w nim gra jak w mercedesie A!
- No to pojedziemy do… Gniezna. Mamy tam sprawę. A potem się
zobaczy.
***
Ograniczenie swobody dotyczyło już
tylko najbliższej okolicy.
- Zicher ist zicher – mówiła Mira
definiując pole swobody do granic intencji ucieczki. W razie czego znajdą go
szybko.
Zdjęły też z niego obowiązek prac
stolarskich, a mimo to Patryk spędził w stolarni całe trzy dni.
Rano, kiedy spały ściągał z lasu
patyki, korzenie i inne leśne rupiecie, a potem siedział i coś tam sobie
dłubał. Bardzo mu zależało, żeby wiedźmy nie wiedziały co robi, więc sposobem
Miry mruczał pod nosem ułożony przez siebie samego wierszyk: „Te gałęzie, te
korzenie to dla wiedźmy zaskoczenie”. I miał nadzieję, że żadna tu nie zajrzy.
W niedzielę wieczorem Patryk śpieszył
się przy kolacji, pozmywał szybko i nie tak starannie jak uczyła Mela, i
pobiegł do stolarni. Siedział tam jeszcze, kiedy wiedźmy kładły się spać.
Rano Mela zamiast Patryka znalazła pościel ułożoną w elegancki
stosik.
Czyżby Mira zapomniała o polu? Nie, to
niemożliwe! To co u licha?
- Hej Mela – Mira też już wstała.
Spojrzała na łóżko Patryka, potem na Melę.
- Zamknęłam pole – powiedziała, więc
gdzieś się schował.
Mela i Mira patrzyły na to dzieło
prawdziwie zdumione. Widocznie wierszyk Patryka zadziałał.
- Bo… ta stara już się zaraz rozleci,
a ta jest nowa… dla was… nie umiem wam nic więcej naprawić i będę daleko…
a chciałbym, żeby coś… I żebyście mnie
pamiętały…
_________________________________________________________________________________
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz