poniedziałek, 1 czerwca 2026

Rower

 

Mira otworzyła oczy. Było ciemno. W jasnym prostokącie okna poruszały się cienie nocy.

Masz ci los – pomyślała – jestem wyspana, a tu jeszcze nie pora wstawać.

Naciągnęła kołdrę na uszy, wtuliła się w poduszkę.  Iskra wstała, przeciągle ziewnęła i ułożyła się na kołdrze Miry przygniatając jej nogi.

- Złaź łaciaty stworze – szepnęła Mira kolanem trącając psa. Iskra obróciła się raz jeszcze i ułożyła jeszcze gorzej.

- Złaź, mówię, won!

Suka wstała, głośno strzepnęła uszami, powędrowała w górę łóżka by ułożyć się na poduszce.

- Może być, higiena to przesąd – mruknęła wiedźma odwracając się na drugi bok. Jeszcze chwilę walczyła z kołdrą, szukała ulubionego dołeczka w materacu, aż poczuła wygodę. Kołdra na uszy. Zamyka oczy wyrównuje oddech. Jest dobrze…

Nie jest dobrze!

Siku!

Wstaje. Po ciemku wędruje chłodną podłogą do łazienki. Zapala światło. Fuj! Razi!

Deska jest zimna. I woda w umywalce też.

Wraca do łóżka, zmarznięta. Układa się, kołdra na głowę, biodro w dołeczek, poduszka wystygła, brr... Stopy lodowate. Kokosi się chwilę, wreszcie jest wygodnie.

Iskra podnosi kołdrę nosem. Raz, drugi, wreszcie robi sobie wygodne wejście, włazi w ciepłą przestrzeń. Zimny, mokry nos czule dotyka Mirę pod kolanem.

- Won suko! – Mira aż siada na łóżku. Zdejmuje psa i stawia na podłodze. – Psy mają swoje miejsce, a ludzie swoje – mówi do Iskry. –  Ty mieszkasz na posłaniu. SWOIM posłaniu. Łóżko jest moje!

Jeszcze raz się układa i znów robi jej się miło. Wreszcie rozgrzała się. Czuje jak łaciate łapki włażą na łóżko, wie, że to musi nastąpić. Wzdycha i próbuje zasnąć.

Wtedy przypomina jej się, że nie pamięta, czy zapłaciła za prąd w tym miesiącu. A może to Mela płaciła rachunki na poczcie? 

- Nie ważne – mruczy – rano sprawdzę. – obraca się na drugi bok. Kołdra na głowę,  dołeczek – jasna cholera, znowu ten pies na nogach. Poszła won!

- Mira, co ty wyprawiasz? Śpij!

- Nie mogę! Obudziłam się!

- Mela westchnęła.

- Mela?

- Co?

- Zapłaciłaś za prąd w tym miesiącu?

- Nie wiem?

- Bo ja nie pamiętam…

- Kobieto, oszalałaś? Co cię obchodzi prąd w środku nocy!

- Męczy mnie.

- To wyłącz.

- Eeeech! Nie rozumiesz bezsenności! Pogadałabyś ze mną to bym zasnęła.

- Ale ja bym nie spała. Bądź cicho… śpij! – Mela mówi już przez sen.

Mira leży jeszcze chwilę. Jest kompletnie obudzona, zła, głodna i chce jej się pić. Patrzy na zegarek. Za piętnaście trzecia. Bez sensu – myśli, ale siada na łóżku. Spuszcza nogi na podłogę. Przez chwilę szuka kapci – zawsze się wepchną głęboko pod łóżko – wstaje i idzie do kuchni. Nastawia  herbatę rumiankową. Robi ogromną pajdę chleba z twarogiem. Otulona wełnianym kocem mości się wygodnie na sofie i je. Grom przybiegł sprawdzić, czy i dla niego nie ma smakołyków. Siada naprzeciw Miry i patrzy najwierniejszym psim wzrokiem. W kanapkę.

- Masz dziadu proszalny – Mira oddaje mu kawałek skórki. Grom powoli, z namaszczeniem rozkoszuje się kęskiem. Wskakuje na sofę i układa się obok Miry napierając bokiem na jej biodro.

Za oknem ptaki zaczynają stroić głosy przed porannym koncertem.

Mira patrzy przez firankę na czerwcowy przedświt. Ciepło naparu rozchodzi się po brzuchu, koc miło grzeje. Mira słucha ćwierkania i trelów, Grom grzeje… Jeszcze chwila i wiedźma śpi snem sprawiedliwego zwinięta jeden w kłębek z psem.

 

Słońce stoi już wysoko na niebie, gdy Mela wchodzi do kuchni. Na blacie rozkrojony bochenek, masło i twaróg. Rozgląda się i widzi Mirę śpiącą na sofie. Grom i Iskra kręcą się wokół Meli zaglądając jej w ręce. Mela cicho podchodzi w stronę Miry, ale Grom zastępuje drogę.

- Ma się wyspać? Tak? Znowu nie spała w nocy?

Grom merda ogonem.

- Dobrze, dobrze – Mela nastawia wodę i robi śniadanie dla obydwu. Wie, że gdy tylko zapachnie w izbie kawą, Mira obudzi się. Delikatnie ustawia na stole talerze i jedzenie. Potem rozpala w piecu, aby zrobić kawę. Gdy woda w rondelku gotuje się sypie 2 łyżki drobno zmielonej kawy. Gotuje dwie minuty. Teraz cynamon. I znów dwie minuty pogotować. Teraz imbir i goździki, a za chwilę pokrojona truskawka. Na koniec kilka okruszków soli.

Zestawia garnek z ognia. Cedzi wywar przez gęste sito do imbryka. Dodaje miodu i wanilii.

- Pachnie kawą, dla mnie też zrobiłaś? – zaspany głos Miry odezwał się w przewidzianym momencie.

- Jasne. Wyspałaś się?

- Nie, ale już będę żyć!

- Znowu cię obudziło po nocy?

- Och, nie przypominaj mi! I jeszcze Iskra ładowała się pod kołdrę z tym zimnym nosem albo  kładła na nogach jak wór kartofli.

- No co ty, przecież to taki mały pieseczek – śmieje się Mela, która wie, jak Iskra kładzie się na kołdrze.

- W nocy robi się ogromna jak słonica w ciąży. I wszędzie ma nosek.

- To nie najadaj się za bardzo, zrobię ci masaż. A na noc zaparzę ziół.

- O tak! Poopiekuj się mną…  – Mira trochę żartuje, a trochę nie – ale masaż wolę wieczorem, przed snem.

- Wiesz, myślę sobie, że mogłybyśmy pojechać nad ten Adriatyk.  Fundusz na podróż się znalazł, a jak Szymon zajmie się maluchem, to dojedziemy w tę i z powrotem.

- Tak sądzisz? – Mira ożywia się, a Mela wie, że wiedźma trochę boi się podróży.

- Patrz – Mela szerokim gestem przedstawia obraz – plaża, morze i twoje urodziny z dobrym winem i cytrusami dojrzałymi w słońcu.

Mira westchnęła i przełknęła ślinkę. Uwielbiała cytrusy. Pamięta ich smak z podróży do Włoch, ach… to było przed wojną, więc chyba się nie liczy.

Oczy Meli śmieją się. Wie, że trafiła w kolor! Chce zadbać o Mirę, która ostatnio miała kilka „trudnych przypadków”. Wie, że kosztowało ją to dużo energii. Owszem, uzupełniała, chroniła się,  BHP to podstawa funkcjonowania wiedźmy, ale zwykłe ludzkie zmęczenie daje o sobie znać.

- I tak zamkniemy chatę i pojedziemy? – Mira cieszy się jak dziecko i niepokoi jak staruszka – psy i kury do Jóźwiakowej, chata na klucz, a my w drogę?

Tak. Zabezpieczymy zaklęciem i znakami i poprosimy Szymona, żeby tu zaglądał.

- A co z potrzebującymi?

- Będą musieli poczekać, albo zgłosić się do Łucji lub Gabrysia, chcący znajdzie.

Mira marszczy nos. Gabriel jest młodym, zdolnym tarocistą i coachem, jak to się teraz nazywa i mieszka 80 km stąd, ale do Łucji trzeba jechać w Bieszczady

- Głupio tak wysyłać ludzi z centrum Polski na koniec świata – zgłasza swoją wątpliwość.

- Głupio to dać się wykończyć – Mela przedrzeźnia Mirę. – Powiesimy kartkę i będzie luks, jak mówi Mysza.

- No właśnie, a myszy?

- Wyprowadziły się w końcu marca – nie zauważyłaś?

- A jakoś tak… - Mira została przyłapana na nieuważności – wyszły bez pożegnania…

Wiedźmy roześmiały się.

- Chodź, nazbieramy truskawek na kompot.

Wyszły przed dom. Mira spojrzała w stronę truskawek, a Mela w przeciwną.

- Mamy rower? – zapytała.

- Raczej nie – powiedziała Mira i dodała podążając za wzrokiem Meli – raczej tak!?

- Ale nie miałyśmy – prawda?

- W każdym razie nie taki biały i nie taki nowy!  Nie trzymałyśmy też dotąd rowerów w krzakach jaśminu…

- To co on robi na naszym podwórzu i gdzie jest ten, który go tu przyprowadził! – nozdrza Meli zaczęły wietrzyć, wiedźma zmrużyła oczy, podeszła do pojazdu i węszyła wokół, wreszcie powąchała kierownicę.

- Obwąchaj siodełko – poradziła Mira.

- Proszę, może ty jesteś chętna – odcięła się Mela.

- Dziękuję, to nie moja kompetencja. I kto to?

- Rower jest chyba wnuczki Antoniego, ale nie ona na nim tu przyjechała.

- To co robimy? Czekamy na rowerzystę, czy odprowadzamy to cacko – Mira oglądała rower okiem znawcy.

- Hi, hi, z truskawek mamy dobry wgląd na rower, to może poczekamy…

- Ja bym odprowadziła…

- I znowu się zasiedzimy! A truskawki zgniją! Albo niech tu stoi, albo go przelokujmy.

Mira zastanowiła się. Nie chciało jej się ganiać do Antoniego, a ciekawa była co ostatecznie z tego wyniknie. Poszła więc potulnie w truskawki.

Kiedy miały już kilka kobiałek Mela podniosła nos. Węszyła chwilę, a potem spojrzała na Mirę. Wiedziały!

Mira wyszeptała zaklęcie wyciągając rękę w stronę roweru – Jestem tu gdzie jestem, nie ruszam się żadnym gestem, nie wypowiem ni słowa, bo spadnie moja głowa.

Potem wiedźmy wylazły z truskawek i podeszły do roweru, który nie stał już w krzakach.

Ręce trzymają kierownicę, lewa noga na pedale, prawa kolanem nad siodełkiem, łydka już przeszła za oś roweru. Mira zatrzymała go  w takim momencie!  Nie może się ruszyć, ani przewrócić, ani puścić roweru. Chłopak około siedemnastu lat. Nietutejszy. Gęba pryszczata, włosy brudne, zupełnie nieświeża flanelowa koszula w kratę, podarte jeansy i przerażony wzrok.

- Co? Zamurowało? – pyta wiedźma tubalnym głosem.

Cisza.

- Coś ty za jeden i skąd jesteś? – pyta Mela.

I nagle obie roześmiały się.

- Ach, zapomniałam! No, już możesz mówić – machnęła ręką.

- Jezu! Coście za jedne? Co mi zrobiłyście?

- My tu zadajemy pytania – Mela już się nie śmieje, głos ma lodowaty.

- Gadasz sam, czy my mamy ci opowiedzieć skąd jesteś synku – Mira unosi brew.

Ale chłopak nic nie mówi, tylko gapi się na nie w tej swojej pozycji wsiadającego.

- Nie, to nie, postój sobie tu chłoptasiu w ciszy. – Mira znów machnęła ręką. Dla pewności obchodzi go dookoła trzy razy rysując na ziemi granicę. Będzie chronić go przed własną głupotą i przed ucieczką. Potem wiedźmy usiadły na tarasie oskubać szypułki.

- Na moje oko, - mówi Mira głośno, żeby przy bramie było słychać - koleś na imię ma Patryk i właśnie kilka dni temu dał nogę z zakładu poprawczego w Trzemesznie. Wędruje, głównie piechotą, do Stalowej Woli. Zwędził rower u Antoniego i myśli, że dojedzie na nim do domu, a tam go sprzeda.

- Myślisz?

- No, a co innego?

- A bo jeszcze sobie myślę, że ma ochotę po drodze porozrabiać. – Mela patrzy zmrużonym okiem.

- No, ma… ale chyba właśnie mu przechodzi – Mira wzięła miskę z truskawkami i weszła do domu. Mela popatrzyła jeszcze na chłopaka i też weszła do chaty.

 

***

- Patrz, wyszło dwadzieścia słoików kompotu – Mela jest zadowolona. Lubi mieć zapasy na zimę. Czuje się wtedy bezpieczna. To, czego naprawdę się boi to głód. Doświadczyła głodu w swoim życiu i wie, do czego może doprowadzić człowieka.

- Mira, całkiem zapomniałyśmy! On tak nam sterczy przy bramie.

- Oj, rzeczywiście – Mira wychodzi przed dom, idzie do „posągu” ze słodkim uśmiechem – nabiera rozumu i kruszeje powoli – cedzi słowa przyglądając się chłopcu.

- No może skruszał już na tyle, żeby dać mu jeść, bo to piąty dzień jak nic nie je.

- Toż by umarł! Wiesz przecież, że ukradł chleb, mleko i czekoladę w markecie w Babiaku, a w wiejskim sklepiku wyżebrał przeterminowane parówki i stare bułki. No i pod szkołą w Kłodawie pozabierał dzieciakom kanapki, jogurty i soczki. Ale nie przejadł się ostatnio, to fakt. – Mira zagląda w oczy chłopaka. Są wystraszone i zmęczone. – Będziesz grzeczny – bardziej stwierdza niż pyta. – No, mów! – machnęła ręką.

- Kim jesteście?

- Wiedźmami z chatki w lesie – odpowiada Mira – no chodź do chałupy bratku, zjesz coś, bo Mela ma lepsze serduszko niż ja. – Obeszła go trzykrotnie w przeciwnym kierunku, potem coś wymamrotała i chłopak runął na ziemię. Mira podniosła rower. Chwilę machała nad nim ręką, potem znów coś powiedziała, otworzyła furtkę i rower potoczył się drogą w stronę domu właścicielki.

- Kim pani jest? – zapytał jeszcze raz, a potem zemdlał.

- No i co teraz?

- Nic, zaraz się ocknie.

Kiedy otworzył oczy leżał na miękkiej sofie w izbie pachnącej chlebem, dymem i czymś, co sprawiało, że czuł się tu swojsko i dobrze. Spróbował poruszyć kończynami – działały. Lewa noga bolała, prawe biodro też. Spojrzał na dłonie. Czerwone ślady od uchwytów kierownicy piekły jak oparzenie. Chciał się zerwać, ale nie mógł. Obok niego stała niewielka staruszka z miską kaszy w ręku.

- Masz, zajadaj! – podała mu łyżkę.

- Dziękuję… - powiedział, chociaż chciał rzec zupełnie coś innego. Coś co całkiem nie nadawałoby się do zapisania w tej książce. Ani w żadnej innej.

Spojrzał na kaszę. Polana śmietaną, obok ogórek małosolny. Zjadł. Poczuł się strasznie zmęczony.

- Nic z tego kochasiu, najpierw się umyjesz. Potem upierzesz ubranie, a na noc założysz to – podała mu swoją wielką flanelową koszulę nocną. Przykro mi, nie mamy tu męskiej garderoby. – Tubalny głos wielkiej baby postawił go na nogi. – Tam jest łazienka. Niebieski ręcznik dla ciebie.

Chcąc, nie chcąc nogi zaniosły go do łazienki. Chwilę zmagał się z własnym ciałem, chcąc przejąć nad nim kontrolę, jednocześnie rozglądał się jak stąd nawiać. Ale myśli o ucieczce sprawiały, że ciało stawało się coraz bardziej drętwe.  Skapitulował. Odkręcił wodę i wszedł pod prysznic.

  

- Będziesz spał na sofie – powiedziała Mela. Najpierw musisz odpocząć, a potem zaczniemy resocjalizację. Ja się tobą zajmę.

- Bogu dzięki – szepnął, bo tej wielkiej bał się jak ognia.

- Nie ciesz się zanadto…

 

***

 

- I co z nim zrobimy? Zgłosimy go na policję? – Mela szukała rozwiązania.

- No coś ty. Zgnoją go w tym poprawczaku. Będzie miał u nas prace społecznie użyteczne, a potem wróci do domu. – Mira mości się w swoim dołku.

- A tymczasem będą go szukać i w końcu znajdą u nas. Lipa.

- To będzie miał prace społecznie użyteczne, a potem wróci do Trzemeszna? – Mira się krzywi.

- Według prawa tak powinno być.

- A według Prawa?

- Nie wiem…  Bo w Trzemesznie go popsują. Koledzy. On jeszcze jest do uratowania.

- To co robimy?

- Masaż Ci robimy – przypomina Mela.

- Idziemy spać. Jutro długi dzień.

- Najpierw masaż – upiera się Mela.

- Dobra – zgadza się Mira, bo bardzo lubi masaże…

 

***

 

Patryk zmywał po posiłkach, sprzątał, rąbał drewno. Mela musiała mu pokazać jak to się dokładnie robi, a Mira na wszelki wypadek ograniczała mu przestrzeń.  Poruszał się swobodnie w promieniu kilku metrów. Kończył jedną robotę – dostawał następną.  Tylko do pielenia się zupełnie nie nadawał. Pokazywały mu co ma zostać, a co nie, cierpliwie tłumaczyły, dały obrazki, nie pomagało. Nie odróżniał i już! Zdecydowały się pozwolić mu na wykonanie prac, do których przygotowywała go szkoła w Trzemesznie.

Patrykowi nie podobały się te zajęcia. Bał się wiedźm, bo potrafiły pokazać mu, kto tu rządzi. Cóż z tego, że okazywały mu serdeczność, rozmawiały wieczorami i słuchały co ma do powiedzenia. Cóż z tego, że ustalały z nim zakres prac i sposób ich wykonania, kiedy równocześnie sprawiały, że każda myśl o ucieczce, czy odpoczynku w czasie pracy to był fizyczny ból. Jeśli zrobił coś nieporządnie – robota rosła przed nim w magiczny sposób, było jej dwa, trzy razy więcej. 

Kiedy przysiadał odpocząć – dopadały go komary, a kiedy próbował podejść do furtki albo płotu – napotykał niezrozumiałą dla siebie taflę czegoś, co nie pozwalało mu przejść.

Któregoś dnia emocje sięgnęły zenitu. Zaczął się miotać po swojej niewidzialnej klatce. Odbijał się od niewidzialnej tafli, rozpędzał i uderzał w nią raz po raz.

- Co wy myślicie stare wiedźmy! Że ja tu będę harował jak wół? Zwieję wam zanim się obejrzycie, wstrętne ropuchy!!!

- Próbuj – zaproponowała Mira.

- Stare, głupie babska! Bujajcie się z tym wszystkim same! Nie będę nic robił! – wygłosił jeszcze wiele obelżywych słów pod adresem Meli i Miry z osobna i obu razem.

- Niewolnika sobie znalazłyście! Żebym się tu zdechł! Zarobił się na śmierć! Gówno! Palcem nie ruszę!

Ledwie wyrzekł te słowa, wszystkie palce mu zesztywniały.

- Suki! – ryczał  – nienawidzę was! – z całych sił rzucił się na taflę, tłukł w nią rękami, kopał, pluł, aż zmęczony osunął się na ziemię.  Wił się, krzyczał i płakał ze złości jeszcze długi czas, a Mela i Mira stały nad nim. Kiedy się zmęczył tak, że nie miał sił się ruszyć, Mela usiadła obok i zaczęła głaskać go po głowie. Władza w palcach wróciła. Mela głaskała go i głaskała, aż wreszcie podniósł się i usiadł.

Długo patrzyli sobie w oczy.

Patryk czuł, że Mela wie absolutnie wszystko i że absolutnie wszystko mu wybacza. Przytulił się do niej i rozbeczał jak dziecko. A Mela płakała razem z nim. I były to inne, dobre łzy.

 

***

 

W stodółce oprócz suszarni ziół, drewutni i spichlerzyka było miejsce szumnie zwane przez wiedźmy stolarnią. Narzędzia pamiętały króla Ćwieczka, ale można było nimi sporo zrobić.

Więc Patryk dostał robotę stolarską. Począwszy od skrzyń na grządki permakultury,  przez naprawę bramy i okna na stryszku pracowni, balustradki na tarasie, aż po wymianę deski w stawidle. Na koniec dostał zadanie zaprojektowania i wykonania kilku domków dla pszczół murarek. Zajęło to Patrykowi tydzień. Wiedźmy każdego dnia poszerzały mu pole swobody.  Co wieczór rozmawiały z nim i żartowały. Opowiadał o swojej rodzinie, o życiu ulicy i dziewczynie do której uciekł. Mówił o poprawczaku i o niepisanych zasadach wśród wychowanków. Czuł się lubiany i akceptowany jak nigdy dotąd.

- Czy mógłbym tu zostać na zawsze? – zapytał we czwartek przy kolacji.

- Nie – odpowiedziała Mela łagodnie – będziesz mógł nas odwiedzać.

Patryk zwiesił głowę.

- Przecież jestem wam przydatny. I nauczę się rozróżniać te rośliny, i mogę skopać wam cały ogród. I odgarniać śnieg zimą… Nie chcę tam wracać!

- Patryk. Wiesz, że możemy cię wyeksportować do Trzemeszna w pięć sekund. Ale chodzi o to, że są dwa rodzaje praw. Jedno, to prawo społeczne, które ustanowili ludzie. I to prawo upomniało się o karę za twoją przeszłość i za twoją niepokorną postawę. Jest również drugie Prawo. Można je nazywać jak się chce. Energią, Kosmosem, Bogiem, Karmą. Mniejsza z tym jak się nazywa. Jest. I ono również upomniało się o ciebie i o twoją przyszłość, dlatego rower przywiózł cię tutaj.

Zapadła cisza.

- Naprawdę nie mogę zostać?

- Nie.

- A kiedy mam odejść?

- Same Cię odwieziemy. Nie będziesz się nigdzie szwendał. Pojedziemy w poniedziałek. Przez weekend możesz jeszcze u nas zostać. W Trzemiesznie okażesz przepustkę na cały ten „urlop”.  Na szczęście to mniej niż 21 dni. Mira wszystko załatwiła.

- Dziękuję – twarz Patryka rozpromieniła się. Nauczył się już niczemu nie dziwić. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w drzwiach stanął rudy mężczyzna.

- Cześć Wiedźmy – Szymon jak zwykle bez pukania wszedł do izby – o! macie gościa! Przepraszam. Przyprowadziłem malucha.

- Cześć Szymon. Siadaj, napijemy się herbaty i odwiozę cię do domu – mówi wesoło Mela.

- A to co? – pyta cicho Szymon wskazując na Patryka. Wie, że u wiedźm są głównie „przypadki” a nie goście.

- Resocjalizacja – szepcze Mira. W poniedziałek wraca do… domu.

- Znowu wzięłyście się za młodzież – śmieje się Szymon. – Wiesz co one nam zrobiły, młody? – i Szymon opowiedział przygodę z dzieciństwa. Jak zakradli się do wiedźm, żeby je nastraszyć i jak Mira trzymała ich w potrzasku i jak jedli naleśniki z czekoladą popijając mlekiem, a wiedźmy przepowiadały im przyszłość pokazując w kryształowej kuli, co ich czeka i jaki mają wybór. Przejęli się bardzo! Bo widzieli siebie jako dorosłych.

- Tu, przy tym stole widziałem jak koleś zmienia się z dzieciaka w dorosłego faceta. I jako ci dorośli rozumieliśmy wszystkie błędy popełnione w życiu. I wszyscy trzej ostatecznie dokonaliśmy właściwych wyborów i wyszliśmy na ludzi, tak nas te czarownice wyrychtowały. Teraz jedyne co mogę dla nich zrobić za uratowane życie, to naprawiać tego malucha w nieskończoność. Uparły się nim jeździć, a on już tylko numery chyba ma fabryczne, resztę sam dorabiałem przez te wszystkie lata. Ale nie martwcie się! Wszystko w nim gra jak w mercedesie A!

- No to pojedziemy do…  Gniezna. Mamy tam sprawę. A potem się zobaczy.

 

***

 

Ograniczenie swobody dotyczyło już tylko najbliższej okolicy.

- Zicher ist zicher – mówiła Mira definiując pole swobody do granic intencji ucieczki. W razie czego znajdą go szybko.

Zdjęły też z niego obowiązek prac stolarskich, a mimo to Patryk spędził w stolarni całe trzy dni.

Rano, kiedy spały ściągał z lasu patyki, korzenie i inne leśne rupiecie, a potem siedział i coś tam sobie dłubał. Bardzo mu zależało, żeby wiedźmy nie wiedziały co robi, więc sposobem Miry mruczał pod nosem ułożony przez siebie samego wierszyk: „Te gałęzie, te korzenie to dla wiedźmy zaskoczenie”. I miał nadzieję, że żadna tu nie zajrzy.

W niedzielę wieczorem Patryk śpieszył się przy kolacji, pozmywał szybko i nie tak starannie jak uczyła Mela, i pobiegł do stolarni. Siedział tam jeszcze, kiedy wiedźmy kładły się spać.

Rano Mela zamiast  Patryka znalazła pościel ułożoną w elegancki stosik.

Czyżby Mira zapomniała o polu? Nie, to niemożliwe! To co u licha?

- Hej Mela – Mira też już wstała. Spojrzała na łóżko Patryka, potem na Melę.

- Zamknęłam pole – powiedziała, więc gdzieś się schował.

Wyjrzały przez okno, a potem szybko wyszły na taras. Na podwórzu stała piękna nowa huśtawka, zrobiona z konarów drzewa przewróconego w czasie zimowych wichrów, a obok rzeźba zrobiona z korzeni, kory, patyków, deseczek i różnych przyrodniczych materiałów. Rzeźba przedstawiała obie wiedźmy wsparte o siebie nawzajem w tak czułym i serdecznym geście, jaki mógł zobaczyć tylko bardzo wrażliwy obserwator...

Mela i Mira patrzyły na to dzieło prawdziwie zdumione. Widocznie wierszyk Patryka zadziałał.

- Bo… ta stara już się zaraz rozleci, a ta jest nowa… dla was… nie umiem wam nic więcej naprawić i będę daleko… a  chciałbym, żeby coś… I żebyście mnie pamiętały…



_________________________________________________________________________________

Analiza postaw wiedźm: podział ról (model „dobrego i złego policjanta” w wersji terapeutycznej)

Wiedźmy intuicyjnie podzieliły między siebie role, które odzwierciedlają dwa kluczowe filary zdrowego rozwoju człowieka: bezpieczeństwo i granice.
Mela: Filar Emocjonalny (Bezwarunkowa Akceptacja)
Mela reprezentuje archetyp czułej, nieoceniającej opiekunki. Jej działania zaspokajają podstawowe potrzeby psychologiczne Patryka, które w jego dotychczasowym życiu były najprawdopodobniej zaniedbane.
Zaspokojenie podstawowych potrzeb: Zapewnia mu jedzenie, czyste ubrania i dach nad głową. Zgodnie z piramidą Maslowa bez poczucia fizycznego bezpieczeństwa trudno o trwałą zmianę wewnętrzną.
Czułość i dotyk: Kluczowym momentem jest scena, w której Mela gładzi go po głowie, gdy chłopak płacze. Ten fizyczny gest akceptacji przełamuje jego mechanizmy obronne i pozwala na uwolnienie stłumionych emocji.
Słuchanie bez oceniania: Mela pozwala mu opowiedzieć o swojej przeszłości i rodzinie, nie potępiając go za błędy.
Mira: Filar Strukturalny (Konsekwencja i Granice)
Mira reprezentuje archetyp sprawiedliwego opiekuna lub mentora. Dba o „higienę relacji” i zapobiega manipulacjom ze strony chłopca.
Stawianie twardych granic: Poprzez magię blokuje jego ucieczki i agresję słowną. Patryk dowiaduje się, że jego dotychczasowe mechanizmy obronne (krzyk, bunt, ucieczka) są w tym środowisku bezskuteczne.
Resocjalizacja przez pracę (ergoterapia): Mira natychmiast organizuje mu czas, powierzając konkretne zadania rzemieślnicze. Nie jest to jednak bezrefleksyjna kara, lecz działanie o jasno określonym celu - naprawa bramy czy budowa domków dla pszczół daje Patrykowi poczucie sprawczości i przydatności.
Szacunek dla zasad i odpowiedzialności: To Mira pilnuje, aby chłopak wrócił do poprawczaka i uregulował swój dług wobec społeczeństwa, pokazując mu, że odpowiedzialność za własne czyny jest nieunikniona.

2. Co we współdziałaniu wiedźm zmieniło Patryka?
Patryk przeszedł przemianę, ponieważ system stworzony przez Mirę i Melę był spójny, konsekwentny i pozbawiony przemocy.
Brak przestrzeni na manipulację: Gdyby działała tylko Mela, Patryk mógłby wykorzystać jej dobroć i uciec. Gdyby działała tylko Mira, chłopak poczułby się stłamszony i ukarany, co pogłębiłoby jego bunt. Wspólnie stworzyły układ idealny: bezpieczny, ale szczelny.
Doświadczenie korektywnego doświadczenia emocjonalnego: Patryk po raz pierwszy w życiu doświadczył sytuacji, w której dorośli stawiają mu wymagania (Mira), a jednocześnie okazują wsparcie i troskę (Mela). W psychoterapii takie doświadczenie pozwala stopniowo nadpisywać stare, toksyczne wzorce relacyjne.
Przekierowanie agresji w działanie twórcze: Zamiast walczyć z systemem placówki, Patryk otrzymał narzędzia stolarskie. Jego skumulowana złość i energia zostały przekierowane na tworzenie. Odkrycie talentu do rzeźbienia diametralnie zmieniło jego samoocenę - z „wandala i złodzieja” stał się „twórcą i rzemieślnikiem”.

3. Dlaczego ta zmiana jest trwała?
Psychologiczna transformacja Patryka nie jest chwilowym podporządkowaniem się. Istnieją mocne przesłanki, że jej efekty będą długofalowe.
Internalizacja wartości (własna motywacja): Finałowy gest Patryka - wielogodzinna praca nocami nad prezentem dla wiedźm (huśtawką i rzeźbą) - pokazuje, że zaczął działać z własnej, nieprzymuszonej woli. Zaczął czerpać satysfakcję z dawania dobra i tworzenia piękna, a nie z destrukcji.
Świadome przyjęcie odpowiedzialności: Patryk zgadza się na powrót do Trzemeszna. Nie wraca tam jednak jako uciekinier zatrzymany przez policję, lecz jako człowiek, który chce domknąć dawny etap życia - z podniesioną głową i oficjalną przepustką w ręku.
Trwałe poczucie oparcia (bezpieczna baza): Wiedźmy go nie porzucają - obiecują, że same go odwiozą. Patryk wraca do poprawczaka ze świadomością, że gdzieś na świecie istnieją osoby, dla których jest ważny i do których może wrócić. To poczucie przynależności chroni przed ponownym wejściem w środowisko przestępcze.

Współdziałanie wiedźm zadziałało jak modelowy proces terapeutyczny: miłość uleczyła rany z przeszłości, praca przywróciła poczucie wartości, a wyraźne granice nauczyły odpowiedzialności.
Czarodziejski dwutakt, czyli czego współcześni rodzice mogą nauczyć się od wiedźm
Kiedy w krzakach jaśminu na posesji dwóch prowincjonalnych wiedźm ląduje skradziony biały rower, a wraz z nim siedemnastoletni uciekinier z poprawczaka, rozpoczyna się historia, która mogłaby stać się obowiązkową lekturą na kursach parentingowych, w poradniach psychologiczno-pedagogicznych i wszędzie tam, gdzie mówi się o wychowaniu. Opowieść o Patryku, Meli i Mirze nie jest jedynie urokliwą historią z nutą realizmu magicznego. To trafne studium przypadku pokazujące, jak może wyglądać skuteczna interwencja wobec dziecka z trudnościami emocjonalnymi i edukacyjnymi.
Współczesne rodzicielstwo, zwłaszcza w zetknięciu z neuroróżnorodnością, traumą relacyjną czy zaburzeniami zachowania, często oscyluje między dwoma skrajnościami: bezradną pobłażliwością a sztywnym, instytucjonalnym rygorem. Tymczasem dwie literackie czarownice intuicyjnie stosują to, co we współczesnej psychologii można by nazwać „czarodziejskim dwutaktem” - połączeniem bezwarunkowej akceptacji i wyraźnej struktury.

Mela i regulacja układu nerwowego

Zacznijmy od Meli, która w tym duecie odpowiada za stworzenie bezpiecznej bazy emocjonalnej. Dziecko mierzące się z ADHD, spektrum autyzmu czy skutkami odrzucenia często funkcjonuje w stanie przewlekłego przeciążenia i napięcia. Krzyk, agresja czy ucieczka nie są wówczas wyrazem „złej woli”, lecz reakcją obronną przeciążonego układu nerwowego.
Co robi Mela? Nie krzyczy, nie moralizuje i nie ocenia. Daje jeść, pozwala się umyć, a w kluczowym momencie po prostu gładzi płaczącego chłopca po głowie. W języku neurobiologii można powiedzieć, że stosuje współregulację emocjonalną: oferuje swój spokojny, stabilny układ nerwowy jako zewnętrzne wsparcie dla przeciążonego stresem mózgu Patryka. Bez tego pierwszego kroku - bez poczucia bezpieczeństwa i akceptacji mimo potknięć - żadna trwała zmiana zachowania nie jest możliwa.

Mira i architektura bezpiecznych granic

Gdyby na scenie pozostała tylko Mela, relacja mogłaby łatwo przesunąć się w stronę nadmiernej pobłażliwości, a sprytny nastolatek szybko nauczyłby się wykorzystywać tę dobroć. W tym miejscu pojawia się Mira ze swoim pragmatycznym „BHP pomagania”. Nakłada na podwórko magiczne pole siłowe, a gdy Patryk przeklina i próbuje uciekać, przestrzeń kurczy się, skutecznie uniemożliwiając mu ucieczkę.
Dla rodzica dziecka z trudnościami to jedna z najważniejszych lekcji: granice nie są karą, lecz architekturą bezpieczeństwa. Dziecko z deficytami samoregulacji rozpaczliwie potrzebuje wiedzieć, gdzie kończy się jego chaos, a zaczyna stabilność dorosłego. Mira pokazuje Patrykowi, że jego dotychczasowe, destrukcyjne strategie radzenia sobie - manipulacja, agresja słowna czy ucieczka - tracą swoją moc. Jej magiczny mur można odczytać jako odpowiednik domowych procedur, przewidywalnego planu dnia i jasnych zasad.

Ergoterapia, czyli jak zamienić wandalizm w sztukę

Kolejnym narzędziem z wiedźmiego repertuaru, które dobrze odpowiada współczesnym standardom terapeutycznym, jest organizacja pracy. Patryk nie otrzymuje bezrefleksyjnej kary ani nie zostaje zamknięty z własnymi emocjami. Zamiast tego dostaje do ręki młotek, piłę i drewno. Ma naprawić bramę, zbudować domki dla pszczół i przygotować skrzynie na grządki.
W pedagogice specjalnej można to nazwać ergoterapią lub sublimacją popędów. Młodzieńcza energia, która wcześniej napędzała kradzież roweru i ucieczkę przed policją, zostaje przekierowana na proces twórczy. Dziecko, które często słyszało o sobie, że jest „najgorsze” albo „niezdolne”, nagle odkrywa własną sprawczość. Patryk zyskuje poczucie wartości nie dzięki pustym pochwałom, lecz dlatego, że jego praca przynosi realny, widoczny i piękny efekt.

Lekcja dla rodziców: odpowiedzialność zamiast ratownictwa

Największy kunszt wychowawczy wiedźmy pokazują jednak na samym końcu. Nie adoptują Patryka i nie próbują schować go przed światem pod magicznym kloszem. Każą mu spakować rzeczy i wrócić do poprawczaka, ponieważ wiedzą, że dojrzałość polega także na konfrontacji z konsekwencjami własnych czynów.
Wychowanie dziecka, zwłaszcza z trudnościami, wymaga od dorosłego dużej asertywności i rezygnacji z roli „zbawcy”. Mela i Mira nie zdejmują z barków Patryka konsekwencji jego działań - pomagają mu natomiast odzyskać siłę, by mógł je unieść sam. Odwożą go na miejsce z legalną przepustką, dając mu jednocześnie poczucie, że poza murami placówki istnieje bezpieczna baza, do której może wrócić.
Ta opowieść pokazuje, że w wychowaniu dzieci z trudnościami nie potrzeba magii ze starych ksiąg. Potrzeba natomiast odwagi do bezwarunkowej życzliwości, mądrości w stawianiu granic i cierpliwości w budowaniu sprawczości. Dopiero połączenie tych trzech elementów daje szansę na prawdziwą zmianę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz