niedziela, 7 czerwca 2026

Katowice

 

Kazik patrzył markotnie to na Melę to na Mirę. Cały jego plan właśnie runął w gruzach.

Wiedźmy były jedynymi kandydatkami na szkolenie unijne. Podpisując umowę o dofinansowanie projektu liczył się z tym, że trudno będzie znaleźć właściwego kandydata na szkolenie, ale nie sądził, że przyjdzie po ratunek do wiedźm.

A może miał cichą nadzieję, że się zgodzą?

Nie zgodziły się.

Słowik za oknem wyśpiewywał swoje majowe trele.  Rozćwierkany zmrok łagodnie rysował twarze osób zebranych przy stole na tarasie. Ciepło wieczoru wróżyło rychły deszcz.

- I co mam teraz zrobić? – zapytał wójt bezradnie.

- Nie wiem Kaziu – powiedziała Mira, na którą liczył bardziej.

- Może po prostu jedź sam – poradziła Mela.

- Właśnie o to chodzi, że nie mogę sam!

- Jak to nie możesz? Przecież nikt ci łba nie urwie za to, że jako wójt szkolisz się i doskonalisz.

- Urwie, bo to chodzi o rozwój kadr w gminie.

- A kto jest kadra jak nie ty? – Mela była zdumiona.

- Kadry są wszędzie poza urzędem. Chodzi o to, że urząd dostaje kasę, a szkoli kadry spoza urzędu dla eko-kulturowego rozwoju gminy. Jak mamy te kadry spoza urzędu, to one są opiniotwórcze i ruchem oddolnym są, a wtedy urząd może pozytywnie zadziałać zgodnie ze swoimi procedurami wypracowanymi na innym szkoleniu, na którym już byłem i ja i pół załogi.

- Nie rozumiem. Urząd dostaje pieniądze na kadry oddolne? – Mira pokręciła głową.

- Coś w tym rodzaju.

- I to wszystko szkoli się w Katowicach?

- Tak, bo Katowice wygrały przetarg na działania ogólnopolskie, dla gmin.

- I ty masz obowiązek brać w tym udział?

- Nie, ale jak się zgłosiłem, to nie mam wyjścia, muszę przejść całą ich „ścieżkę”.

- Kaziu, ale przecież wiedziałeś, na co się godzisz!

- I tak i nie. Bo dopiero jak podpisałem deklarację udziału, dostałem obligatoryjną już w tym momencie umowę i w niej kilka kwiatów, jak to szkolenie. Myślałem, że uda się wysłać nauczycieli i dom kultury, ale okazało się, że nie można, bo są pracownikami Gminy. Nawet jeśli mają swoje stowarzyszenie, to jako pracownicy gminy są nieważni.

- Żartujesz?

- Niestety nie. Poza wami nie mam nikogo, kto mógłby pojechać.

- A my jesteśmy oddolne?

- Tak i dodatkowo punktowane jako seniorki i naturalne animatorki lokalne.

- To jakiś absurd! A co niby animujemy? – zapytała Mela.

- Animujemy społeczność lokalną? – Mira myślała, że nie dosłyszy.

- Mela, masz rację, absurd, ale jak wybrnąć? Jako animatorki lokalne zdrowego trybu życia i postawy ekologicznej w gminie. Da się was tak opisać, a nigdzie nie jesteście rejestrowane, więc dobrze. Dlatego pomyślałem o was. Słuchajcie, chodzi o to, żeby nie utopić sprawy, dostać kasę na działania, ludzie będą mieli pracę. A jak nikt nie pojedzie, to będę musiał tym z Katowic z gminnych, a może i z własnych oddawać…

- Ale za co oddawać?

- Za szkolenie, na którym naszej gminy nie było, choć się zadeklarowałem, że będziemy.

- I co to za szkolenie? Opowiedz jeszcze raz. – W oczach Miry Kazik zobaczył światełko nadziei. Bał się jeszcze dopytać czy staruszka pojedzie, ale czuł, że coś się w wiedźmie zmienia.

- Tak, jak mówiłem, chodzi o to, żeby wykształcić animatorów lokalnej ochrony środowiska i jednocześnie edukatorów. Program dostosowany jest do osób, które mają pojęcie o ekosystemach, ale i o człowieku, jego funkcjonowaniu w ekosystemach, oraz o psychologii człowieka w kontekście ekologii i o kulturze dawnej w gminie i regionie.

- Brzmi jak jakaś bzdura, albo naprawdę dobry program. Jak to jest Kaziu?

- Nie wiem. Ale mam dokumenty ze sobą – Kazik nawet nie drgnął w kierunku aktówki. Bał się, że jeden zbyt szybki ruch spłoszy wiedźmę.

- Pokaż, pokaż te papiery – Mira widziała jego myśli.

Z głupią miną dzieciaka przyłapanego na gorącym uczynku Kazik sięgnął do teczki. Gruby plik wydruków oznaczonych całą masą logotypów znalazł się na koronkowej serwecie.

- Ojej! – Mela westchnęła żałośnie, ale sięgnęła do papierów – tego przez tydzień nie przeczytasz! – zważyła w ręku plik kartek.

- Dlatego wam opowiadam – Kazik przełknął ślinę.

- Nie opowiadaj, szkoda sensu.

- No w każdym razie wyżywienie, przejazd i nocleg macie za darmo, Unia stawia.

- Wielkie mi mecyje! – fuknęła Mira.

Mela spojrzała na nią mrużąc oczy. – O nie! – pomyślała – ona się teraz zgodzi, a potem ja będę siedziała na tym durnym szkoleniu.

 

***

 

Na szkoleniu siedziały obie. Było zupełnie inne niż te, na których siadywały za młodu. I nawet ciekawie było uświadamiać prowadzącym, gdzie się mylą. Wiedźmy miały tę wiedzę, której nie mogli mieć unijni eksperci po trzydziestce. Mimo to, uznały, że przyszło im słuchać mądrych ludzi. Podobało im się, że mogą mówić w czasie szkolenia, że mogą dzielić się częścią tego co same wiedzą, jak żyją.

Grupa liczyła osiemnaście osób. Przyjechali z całej Polski. Różni. Przeważnie młodzi, przed czterdziestką.

- Wiesz – zwierzyła się Mira Meli – myślałam, że będę się tu czuła jak spróchniała lipa w młodniaku, a tak nie jest.

Ale były i takie fragmenty, z których raz jedna, raz druga wychodziły. Lepiej wyjść niż narozrabiać.

 

***

 

Mira usiadła w małej, pustej pizzerii. Telewizor ścigał się na decybele z ladą chłodniczą i piecem. Lekkie drżenie przenikało cały lokal i powodowało, że gdzieś w brzuchu rodził się niepokój i rozlewał na całe ciało. Mela została na szkoleniu, bo któraś z nich musiała być. I tak patrzono przez palce na ich wiek i częściowe absencje.

Za oknem padał deszcz. Majowa burza szarpała gałęzie, wiatr na ulicy bawił się foliową reklamówką.

Do pizzerni weszła skulona staruszka z dwiema wielkimi, pełnymi siatkami.

Rozejrzawszy się, że nie ma obsługi ruszyła w stronę drzwi z kółeczkiem. Kelnerka wyrosła jak spod ziemi.

- W czym mogę pani pomóc? – w jej głosie nie było uprzejmości.

- Chciałam umyć ręce – staruszka odstawiła siatki. Ubrana w za ciepły jak na maj płaszcz, na głowie chustka, na nogach zdarte buty.

Bezdomna – przemknęło przez głowę Miry.

- WC jest tylko dla klientów! – kelnerka stanowczo zagrodziła kobiecie drogę do łazienki.

- No weszłam tu, to jestem klientka! – kobieta walczyła dalej.

- Nie, klientem są tylko osoby spożywające. – zmroziła kelnerka.

- To chciałabym spożyć piwo! – w głosie kobiety słychać było cień irytacji.

- Piwo jest po osiem pięćdziesiąt – kelnerka podała zaporową cenę.

Bezdomna podniosła swoje siatki i mrucząc coś pod nosem wyszła z lokalu.

Mira uważnie słuchała rozmowy. Nie spodziewała się klątwy ze strony bezdomnej.

Wstała i szybko wyszła w deszcz, za kobietą z siatkami.

- Halo! – zawołała – Halo, Wanda!

Zawołana zatrzymała się zdziwiona.

- Czego? – zapytała wrogo.

- Po co rzucasz klątwy na niewinnych ludzi?

- To czemu mi się wysikać nie dała?

- Bo jej kilka razy zabrudziłaś całą łazienkę, to nie chce potem po tobie sprzątać.

- A niech sprząta, suka jedna! Mogę jej najszczać na środku sali konsumpcyjnej.

- Możesz. Tylko po co?

Bezdomna zamilkła. Patrzyła na Mirę zastanawiając się skąd ta może ją znać. Może z noclegowni? Nie! To skąd?

- Nie znamy się – odpowiedziała Mira na jej ciche pytanie – Ja jestem tu przejazdem. A ty tu żyjesz, tak, jak wybrałaś. Więc nie rzucaj klątw na innych, którzy wybrali inaczej, a tę klątwę cofnij, albo ja sprawię, że wróci do ciebie!

Bezdomna patrzyła na Mirę nie wierząc w to co słyszy, a jednocześnie czuła, że spotkała Anioła Śmierci.

- Chcesz mnie zabić?

- Nie, chcę ci zwrócić godne życie, ale nic nie zrobię za ciebie.

- Mam rzucić wódkę?

- Tak.

- I cofnąć klątwę?

-Tę i wszystkie inne.

Wanda spuściła głowę. Pokiwała nią chwilę.

- Dobrze – powiedziała patrząc Mirze w oczy – cofam przekleństwo rzucone na kelnerkę.

- I wszystkie inne – przypomniała Mira.

- Cofam wszystkie przekleństwa jakie rzuciłam na kogokolwiek – szepnęła Wanda.

- A teraz ja zdejmuję z ciebie ciężar choroby, bezdomności i alkoholizmu. Jesteś wolna. Idź i pomódl się na Ligocie. Podziękuj Bogu za łaskę.

Bezdomna Wanda pokiwała głową ze spuszczonym wzrokiem.

Gdy podniosła oczy, wzrok ucieszył się widokiem rozpromienionej słońcem ulicy, drzew poddających wiatrowi prześwietlone promieniami, zielone, majowe liście.

Dotknęła płaszcza. Wciąż był mokry od deszczu. Rozejrzała się. Nigdzie nie było widać staruszki z koczkiem.  Słońce raziło promieniami. Płaszcz ciążył mokrą wełną. Odstawiła siatki i zdjęła okrycie. Przyjrzała się zawartości toreb. Postawiła je przy ulicznym śmietniku. Przerzuciła płaszcz przez ramię i wyprostowana, radosnym krokiem ruszyła w stronę byłego domu. W końcu chyba ma do kogo wrócić…

Po kilku krokach zawróciła. Stała przez moment, a potem skierowała się w górę, w stronę Ligoty.

 

***

 

Maluch skwierczał radosnym terkotem. Jechały w milczeniu analizując, każda w swojej głowie to, co stało się na szkoleniu. Droga do domu, choć daleka wydawała się zbyt krótka na zamknięcie wydarzeń szkolenia.

Mira skręciła z autostrady na Zawiercie.

- Dokąd jedziemy?

- Gdzieś na Jurę.

 

Zatrzymały się pod zamkiem w Mirowie. Mała knajpka przy parkingu była otwarta. Jednak minęły ją i ruszyły w górę. Zamek łopotał wystrzępioną flagą. Restaurowane mury prezentowały kamień w świetle późnego popołudnia. Choć wciąż zrujnowane, dumnie stały na prastarej skale.

Szły w górę, w stronę ostańców. Przez chwilę patrzyły na wspinacza trzymającego się białej ściany. Wielki mężczyzna wspinał się sapiąc i klnąc na posady świata. Szukał w ścianie wygodnych chwytów i stopni. Narzekał na jakichś idiotów, którzy wyznaczyli drogę. Asekurujący go kolega cierpliwie słuchał wyrzekania. Młoda kobieta siedząca pod skałą patrzyła z zachwytem na wspinacza.

- Drogę ma tam, za lasem. Piękną i asfaltową, jeśli idzie w skałę, czemu narzeka, że trudno? – zdziwiła się  Mela.

- Chwali się. Przecież to czysty przypadek popisów wigorem i tężyzną fizyczną. To dla tej panny. – powiedziała Mira.

-  Widać musi się również wykazać przed kolegą wyższością intelektualną – odparła Mela.

- Tylko czemu klnie na człowieka, który widocznie umiał coś więcej, skoro wyznaczył taką trasę wspinaczki? Czemu ludzie rzucają na siebie nawzajem przekleństwa i uroki? Nikomu to nie służy, a słowo ma swoją moc. Dopiero pomogłam bezdomnej zebrać przekleństwa z ludzi, na których je rzuciła ze złości na siebie samą, teraz ten.  – Mira pokręciła głową z dezaprobatą.

- Szkoda, że nie wie, co robi. Chodźmy. Bo z tego popisywania przeklnie cały świat.

Poszły dalej. Ścieżka prowadziła skrajem skalnej grzędy. Łąka i las z lewej strony pachniały łagodną wonią ziół. 

Z naprzeciwka nadjechał rowerzysta. Sapał i parskał, dzielnie kręcił pedałami. Przejechał tuż obok wiedźm. Poczuły ciepło jego rozgrzanych mięśni.

Szły dalej szeroką ścieżką. Białe skały kłoniły się ku południowo wschodniej stronie. Strome stoki nie zachęcały do wędrówki w górę.

Zatrzymały się przy wkopanej w ziemię tablicy informacyjnej. Za nią widniał w skale otwór prowadzący do niedużej groty.

- Bobolus Jurajski – przeczytała Mira – też pomysł!

- I niedźwiedź! – doczytała Mela.

- Pewnie Bobolus mieszkał w tej jaskini z niedźwiedziem, bo było mu zimno – wyraziła przypuszczenie Mira.

- Najpierw go sobie oswoił, przynosił mu mięcho, co mu zostało z polowań – Mela puściła wodze fantazji – i niedźwiedź go polubił i nie zeżarł.

- Nic nie piszą o pani Bobolusowej, przecież nie siedział sam w takiej chałupie – uśmiechnęła się Mira.

- Może Bobolusowa miała uczulenie na sierść? Z resztą miał niedźwiedzia. To po co mu Bobolusowa?

- No, chyba dla podtrzymania gatunku.

- To nie mógł mieć. Musiał być samotnikiem, bo przecież wyginął.

- Jesteś pewna? A ten gość pod sklepem, któregośmy widziały po drodze? Bobolus jak żywy! Może nawet trochę zmieszany z niedźwiedziem, bo kosmaty taki raczej był...

Roześmiały się. Lubiły dorabiać swoje wymyślone historie do różnych rzeczy.

Mira usiadła na kamieniu przed grotą. Odwróciła twarz do przedwieczornych promieni słońca. Przyglądała się szerokiemu widokowi. Ptaki śpiewały. W oddali nawoływała kukułka.

- Chyba usiadła w jakimś dobrym akustycznie miejscu, bo słychać ją, jakby to był wielki kukuł – powiedziała Mela z powagą.

Mira patrzyła na sójki przelatujące z drzewa na drzewo. Las wydawał się być blisko, a przecież łąka przed nimi była szeroka. Pustułka zawisła w powietrzu. Po chwili pofrunęła w stronę skał.

Mira czuła na twarzy podmuch wiatru. Poczuła że chce przez chwilę latać jak ptak. Zapragnęła tego tak mocno, że rozłożyła ramiona i przykucnęła, jakby chciała wybić się w powietrze. Wiatr oparł się na lotkach. Mira zobaczyła, że zamiast ramion ma skrzydła. Czerń piór połyskiwała granatowo. Zamachała skrzydłami. Kilka razy przysiadła na nogach i ku zdumieniu Meli wielkie czarne ptaszysko niezgrabnie uniosło się w górę.

Przez chwilę Mira trzepotała skrzydłami, wyczuwała jak współpracować z powietrzem, wiatrem, przestrzenią. Po chwili szybowała poddając się nieznanym dotąd siłom, wzbijała się wyżej i wyżej. Leciała nad lasem, tuż nad koronami drzew. Z góry wyglądały jak krzaki i zarośla, gdy uniosła się wyżej, miała wrażenie, że w dole jest sam mech.

Zawróciła w stronę skał. Wielki mężczyzna wciąż tkwił w ścianie uwieszony na linie. Mira podleciała blisko i usiadła na wapiennym szczycie. Przyglądała się wspinającemu. Niewygodnie było patrzeć raz prawym, raz lewym okiem.

- Co za idiotyczny pomysł! Nie lubię takiego szukania trudności na siłę – złościł się mężczyzna – żeby cholera go wzięła.

- Uważaj, spadniesz – usłyszał z góry kobiecy głos. Spojrzał zdziwiony. Nikogo, poza wielkim, czarnym ptakiem. W tym momencie noga oślizgnęła się i mężczyzna stracił równowagę.

- Kurrr… - zmełł przekleństwo w zębach – żeby pokręciło tego idiotę, który wyznaczył tu drogę!

- Pilnuj się, żeby ciebie nie pokręciło. Złe słowa rzucasz na ludzi – Mira przeleciała obok ucha mężczyzny.

- Cholera! Jakiś ptak tu lata!

- Może broni gniazda – padło z dołu.

- Dobra, próbuję jeszcze raz!

Znów mozolne poszukiwanie chwytów i stopni, łydki drżące z wysiłku, napięte ścięgna ramion i ból palców trzymających małe, niewygodne chwyty. Miejsce, w którym lina przypięta jest do ściany jest dwa metry pod nim.

Boi się – pomyślała Mira. Podleciała do ucha mężczyzny.

- Cofnij przekleństwo!

Nie usłyszał. Z wysiłkiem wlazł w wygodne miejsce i wpiął linę w kolejny uchwyt. Odpoczywał.

Mira znów podleciała blisko. Miała teraz wygodne miejsce, żeby przysiąść na skale obok wspinacza.

- Sewerynie – powiedziała do niego po imieniu – proszę, cofnij przekleństwo rzucone na człowieka.

Spotkali się wzrokiem.

Seweryn patrzył na ptaka z niemym zachwytem. Czarne pióra były w zasięgu ręki. Przez chwilę wydawało mu się, że widzi staruszkę, która niedawno przechodziła ścieżką.

- Chyba muszę odpocząć – mruknął.

- To swoją drogą. Ale najpierw wygaś nienawiść do świata, którą nosisz w sercu. Do świata, ludzi, żony i kolegów. Potem będzie ci łatwiej zdobywać szczyty.

- To nie jest możliwe – szepnął – żeby ptak do mnie nie mówił ludzkim głosem.

- A jednak mówi – potwierdziła Mira. Przefrunęła i usiadła na ramieniu człowieka. Łapami wyczuwała spięte mięśnie. Nie od wysiłku, ale od codziennego stresu. Lekarz – pomyślała.

- Cofnij przekleństwo szepnęła mu do ucha. Cofnij przekleństwo, bo cię dziobnę, choć się brzydzę.

Na dole młoda kobieta celowała w scenę aparatem fotograficznym. Dobry zoom sprawił, że ujęcie było perfekcyjne.

- Cofam przekleństwo – powiedział Seweryn nie swoim głosem.

- No! – Mira była zadowolona – a teraz spokojnie, bo jesteś w emocjach. Powoli zejdź na dół, tu nic dziś nie zdziałasz. To nie kolega źle trasę wyznaczył, tylko tobie nie starcza umiejętności. I sił. Przyznaj się do tego. To bardziej imponuje kobietom niż robienie z siebie nieomylnego sędziego nad innymi. A jak poczujesz, że chcesz porozmawiać z kimś o swoim życiu, to przyjedź do wiedźm pod Tomaszowem. – Mira uścisnęła lekko łapkami ramię mężczyzny, odwróciła się i sfrunęła w dół.

Przysiadła przy kobiecie, przypatrywała jej się przez chwilę.

Dziewczyna wolnym ruchem podniosła aparat do twarzy. Mira z zadowoleniem pozowała do całej sesji zdjęć.

Nagle, jakby czymś spłoszona poderwała się i poleciała nad las. Zawróciła i wreszcie i niezbyt zgrabnie wylądowała na trawie obok Meli. Chwilę siedziała bez ruchu. Otrzepała się po ptasiemu i poczuła, że jej skrzydła stają się na powrót rękami.

- No nieźle ci odwaliło – szepnęła Mela, która obserwowała Mirę z zapartym tchem.

- Nie sądziłam, że to możliwe – wychrypiała Mira – bałam się, że się przestraszę i spadnę.

- Ja też. Mogłaś mnie ostrzec!

- Przepraszam, nie zdążyłam! Sama jestem zdziwiona, że to się wydarzyło…

- Ok. Chyba rozumiem.

- A ja nie. Nie rozumiem jak to się stało. Po prostu zapragnęłam polecieć jak ptak i poleciałam.

- Ciesz się tym. Wystarczy.

- Poleciałam do tych wspinaczy i kazałam cofnąć przekleństwo temu na górze.

- I cofnął?

- Tak! – rzekła Mira triumfalnie.

- Wariatka – roześmiała się Mela – mogłaś go zabić, albo sprawić, że zafajda portki.

- Chyba był blisko – Mira roześmiała się serdecznie.

Ruszyły dalej. Mira myślała o swoim doświadczeniu latania, o tym, że pragnienie, mocne, prawdziwe, płynące z serca mogło się urzeczywistnić tak po prostu i tak szybko.

- Wiesz – zagadnęła Mela. Zastanawiam się, do czego nas to szkolenie doprowadzi.

- Chyba w jakieś miejsce, w którym jeszcze nie byłyśmy.

- Tak myślę o tym, czego tam uczą. Ogromny program i wyjdą z niego dobrze przygotowani ludzie, ale co się z tym stanie? Inni mają jakieś osadzenie we współczesności, ale my?

- My mamy osadzenie w chacie.

- I właśnie tego się boję, że chata zmieni charakter.

- Że co?

- Że będziemy potem musiały prowadzić jakieś edukacje dla dzieci.

- I tak ciągle mamy jakieś trudne przypadki.

- No właśnie. Do tej pory pracowałyśmy z ludźmi indywidualnie, a teraz będzie nam Kazik przysyłał jakieś grupy.

- E nie znajdzie tyle grup.

- A jak znajdzie?

- To będziemy się świetnie bawić.

- Ale ja nie lubię dzieci – jęknęła Mela.

- No co ty? Zawsze lubiłaś!

- Nasze. Ale z cudzymi w dużych ilościach mam kłopot. Są takie ruchliwe i strasznie wrzeszczą.

- Cholera. Jak Kazik nam wciśnie dzieci, to będziesz miała kłopot… Ale nie martwmy się tym teraz, tu jest za  ładnie na martwienie się.

- Dobra.

Zawróciły, bo słońce schowało się za wieczornymi chmurami. Szły w milczeniu rozważając każda swoje myśli. Przechodziły obok wspinaczy, którzy porządkowali sprzęt i zwijali linę. Wielki mężczyzna był milczący. Spojrzał w kierunku staruszek. Mira puściła do niego oko. Sewerynowi karabinki z brzękiem wypadły z rąk. Zrobił ruch w kierunku wiedźm i cofnął się.

- To musi być niezwykle ciekawie tak wspinać się po skałach – zagadnęła Mira.

Poznał jej głos.

- Tak, lubimy to – powiedziała młoda kobieta.

- Ważne, żeby nie przeklinać tak strasznie – rzekła Mira, mimo, że twarz Seweryna była biała jak skała na którą niedawno wchodził.

Poznał ją, zrozumiał, że nie miał przywidzeń.

Były już prawie przy zamku, gdy je dogonił.

- Przepraszam – wysapał – chciałem zapytać, czy wiedzą panie jak trafić do – zająknął się – do wiedźm pod Tomaszowem?

- Wiemy – Mela przejęła rozmowę – trzeba jechać na Smardzewice, a potem prosto i w lewo za starą kurzą fermą. Jak ktoś chce, droga sama prowadzi.

- Ale to nie możliwe żeby ptaki mówiły – prawda? – upewnił się po dziecinnemu. Sam przed sobą wstydził się tych słów, ale powiedział je.

- Ptaki mówią, ale ty ich rozumieć nie możesz. Możesz natomiast rozumieć człowieka, który mówi, choć przybrał formę ptaka.

- Jestem specjalistą od… zaczął Seweryn, ale wiedźmy mu przerwały.

- Wiemy kim jesteś. Wiemy na czym polega twoja praca. Jesteś zdrowy na umyśle. Musisz tylko pozbyć się nienawiści do ludzi, bo przestaniesz móc pracować i nigdy nie poczujesz się szczęśliwy, a przecież dziś mogłeś. – Mela mówiła łagodnie – przyjedź do chaty, teraz nie czas na rozmowy.

 

***

 

Wreszcie dostały piękne certyfikaty. Mnóstwo logotypów, pieczęci i podpisów pstrzyło format eleganckiego wydruku.

- Widzisz, do czego, zupełnie niechcący, doszłyśmy na stare lata? – zapytała Mira.

- Zupełnie niechcący, ale fajnie było, nie licząc absurdu podpisywania się na pięciu listach dziennie.

- Podpisałyśmy nawet potwierdzenie otrzymania dyplomu – zaśmiała się Mela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz