Kazik patrzył markotnie to na Melę to na Mirę. Cały jego plan właśnie runął w gruzach.
Wiedźmy były jedynymi kandydatkami na
szkolenie unijne. Podpisując umowę o dofinansowanie projektu liczył się z tym,
że trudno będzie znaleźć właściwego kandydata na szkolenie, ale nie sądził, że
przyjdzie po ratunek do wiedźm.
A może miał cichą nadzieję, że się
zgodzą?
Nie zgodziły się.
Słowik za oknem wyśpiewywał swoje
majowe trele. Rozćwierkany zmrok
łagodnie rysował twarze osób zebranych przy stole na tarasie. Ciepło wieczoru
wróżyło rychły deszcz.
- I co mam teraz zrobić? – zapytał
wójt bezradnie.
- Nie wiem Kaziu – powiedziała Mira,
na którą liczył bardziej.
- Może po prostu jedź sam – poradziła
Mela.
- Właśnie o to chodzi, że nie mogę
sam!
- Jak to nie możesz? Przecież nikt ci
łba nie urwie za to, że jako wójt szkolisz się i doskonalisz.
- Urwie, bo to chodzi o rozwój kadr w
gminie.
- A kto jest kadra jak nie ty? – Mela
była zdumiona.
- Kadry są wszędzie poza urzędem.
Chodzi o to, że urząd dostaje kasę, a szkoli kadry spoza urzędu dla
eko-kulturowego rozwoju gminy. Jak mamy te kadry spoza urzędu, to one są
opiniotwórcze i ruchem oddolnym są, a wtedy urząd może pozytywnie zadziałać zgodnie
ze swoimi procedurami wypracowanymi na innym szkoleniu, na którym już byłem i
ja i pół załogi.
- Nie rozumiem. Urząd dostaje
pieniądze na kadry oddolne? – Mira pokręciła głową.
- Coś w tym rodzaju.
- I to wszystko szkoli się w
Katowicach?
- Tak, bo Katowice wygrały przetarg na
działania ogólnopolskie, dla gmin.
- I ty masz obowiązek brać w tym
udział?
- Nie, ale jak się zgłosiłem, to nie
mam wyjścia, muszę przejść całą ich „ścieżkę”.
- Kaziu, ale przecież wiedziałeś, na
co się godzisz!
- I tak i nie. Bo dopiero jak
podpisałem deklarację udziału, dostałem obligatoryjną już w tym momencie umowę
i w niej kilka kwiatów, jak to szkolenie. Myślałem, że uda się wysłać
nauczycieli i dom kultury, ale okazało się, że nie można, bo są pracownikami
Gminy. Nawet jeśli mają swoje stowarzyszenie, to jako pracownicy gminy są
nieważni.
- Żartujesz?
- Niestety nie. Poza wami nie mam
nikogo, kto mógłby pojechać.
- A my jesteśmy oddolne?
- Tak i dodatkowo punktowane jako
seniorki i naturalne animatorki lokalne.
- To jakiś absurd! A co niby
animujemy? – zapytała Mela.
- Animujemy społeczność lokalną? –
Mira myślała, że nie dosłyszy.
- Mela, masz rację, absurd, ale jak
wybrnąć? Jako animatorki lokalne zdrowego trybu życia i postawy ekologicznej w
gminie. Da się was tak opisać, a nigdzie nie jesteście rejestrowane, więc
dobrze. Dlatego pomyślałem o was. Słuchajcie, chodzi o to, żeby nie utopić
sprawy, dostać kasę na działania, ludzie będą mieli pracę. A jak nikt nie
pojedzie, to będę musiał tym z Katowic z gminnych, a może i z własnych oddawać…
- Ale za co oddawać?
- Za szkolenie, na którym naszej gminy
nie było, choć się zadeklarowałem, że będziemy.
- I co to za szkolenie? Opowiedz
jeszcze raz. – W oczach Miry Kazik zobaczył światełko nadziei. Bał się jeszcze
dopytać czy staruszka pojedzie, ale czuł, że coś się w wiedźmie zmienia.
- Tak, jak mówiłem, chodzi o to, żeby
wykształcić animatorów lokalnej ochrony środowiska i jednocześnie edukatorów.
Program dostosowany jest do osób, które mają pojęcie o ekosystemach, ale i o
człowieku, jego funkcjonowaniu w ekosystemach, oraz o psychologii człowieka w
kontekście ekologii i o kulturze dawnej w gminie i regionie.
- Brzmi jak jakaś bzdura, albo
naprawdę dobry program. Jak to jest Kaziu?
- Nie wiem. Ale mam dokumenty ze sobą
– Kazik nawet nie drgnął w kierunku aktówki. Bał się, że jeden zbyt szybki ruch
spłoszy wiedźmę.
- Pokaż, pokaż te papiery – Mira
widziała jego myśli.
Z głupią miną dzieciaka przyłapanego
na gorącym uczynku Kazik sięgnął do teczki. Gruby plik wydruków oznaczonych
całą masą logotypów znalazł się na koronkowej serwecie.
- Ojej! – Mela westchnęła żałośnie,
ale sięgnęła do papierów – tego przez tydzień nie przeczytasz! – zważyła w ręku
plik kartek.
- Dlatego wam opowiadam – Kazik
przełknął ślinę.
- Nie opowiadaj, szkoda sensu.
- No w każdym razie wyżywienie,
przejazd i nocleg macie za darmo, Unia stawia.
- Wielkie mi mecyje! – fuknęła Mira.
Mela spojrzała na nią mrużąc oczy. – O
nie! – pomyślała – ona się teraz zgodzi, a potem ja będę siedziała na tym
durnym szkoleniu.
***
Na szkoleniu siedziały obie. Było
zupełnie inne niż te, na których siadywały za młodu. I nawet ciekawie było
uświadamiać prowadzącym, gdzie się mylą. Wiedźmy miały tę wiedzę, której nie
mogli mieć unijni eksperci po trzydziestce. Mimo to, uznały, że przyszło im
słuchać mądrych ludzi. Podobało im się, że mogą mówić w czasie szkolenia, że
mogą dzielić się częścią tego co same wiedzą, jak żyją.
Grupa liczyła osiemnaście osób. Przyjechali
z całej Polski. Różni. Przeważnie młodzi, przed czterdziestką.
- Wiesz – zwierzyła się Mira Meli –
myślałam, że będę się tu czuła jak spróchniała lipa w młodniaku, a tak nie
jest.
Ale były i takie fragmenty, z których
raz jedna, raz druga wychodziły. Lepiej wyjść niż narozrabiać.
***
Mira usiadła w małej, pustej pizzerii.
Telewizor ścigał się na decybele z ladą chłodniczą i piecem. Lekkie drżenie
przenikało cały lokal i powodowało, że gdzieś w brzuchu rodził się niepokój i
rozlewał na całe ciało. Mela została na szkoleniu, bo któraś z nich musiała
być. I tak patrzono przez palce na ich wiek i częściowe absencje.
Za oknem padał deszcz. Majowa burza
szarpała gałęzie, wiatr na ulicy bawił się foliową reklamówką.
Do pizzerni weszła skulona staruszka z
dwiema wielkimi, pełnymi siatkami.
Rozejrzawszy się, że nie ma obsługi
ruszyła w stronę drzwi z kółeczkiem. Kelnerka wyrosła jak spod ziemi.
- W czym mogę pani pomóc? – w jej
głosie nie było uprzejmości.
- Chciałam umyć ręce – staruszka
odstawiła siatki. Ubrana w za ciepły jak na maj płaszcz, na głowie chustka, na
nogach zdarte buty.
Bezdomna – przemknęło przez głowę
Miry.
- WC jest tylko dla klientów! –
kelnerka stanowczo zagrodziła kobiecie drogę do łazienki.
- No weszłam tu, to jestem klientka! –
kobieta walczyła dalej.
- Nie, klientem są tylko osoby
spożywające. – zmroziła kelnerka.
- To chciałabym spożyć piwo! – w
głosie kobiety słychać było cień irytacji.
- Piwo jest po osiem pięćdziesiąt –
kelnerka podała zaporową cenę.
Bezdomna podniosła swoje siatki i
mrucząc coś pod nosem wyszła z lokalu.
Mira uważnie słuchała rozmowy. Nie
spodziewała się klątwy ze strony bezdomnej.
Wstała i szybko wyszła w deszcz, za
kobietą z siatkami.
- Halo! – zawołała – Halo, Wanda!
Zawołana zatrzymała się zdziwiona.
- Czego? – zapytała wrogo.
- Po co rzucasz klątwy na niewinnych
ludzi?
- To czemu mi się wysikać nie dała?
- Bo jej kilka razy zabrudziłaś całą
łazienkę, to nie chce potem po tobie sprzątać.
- A niech sprząta, suka jedna! Mogę
jej najszczać na środku sali konsumpcyjnej.
- Możesz. Tylko po co?
Bezdomna zamilkła. Patrzyła na Mirę
zastanawiając się skąd ta może ją znać. Może z noclegowni? Nie! To skąd?
- Nie znamy się – odpowiedziała Mira
na jej ciche pytanie – Ja jestem tu przejazdem. A ty tu żyjesz, tak, jak
wybrałaś. Więc nie rzucaj klątw na innych, którzy wybrali inaczej, a tę klątwę
cofnij, albo ja sprawię, że wróci do ciebie!
Bezdomna patrzyła na Mirę nie wierząc
w to co słyszy, a jednocześnie czuła, że spotkała Anioła Śmierci.
- Chcesz mnie zabić?
- Nie, chcę ci zwrócić godne życie,
ale nic nie zrobię za ciebie.
- Mam rzucić wódkę?
- Tak.
- I cofnąć klątwę?
-Tę i wszystkie inne.
Wanda spuściła głowę. Pokiwała nią
chwilę.
- Dobrze – powiedziała patrząc Mirze w
oczy – cofam przekleństwo rzucone na kelnerkę.
- I wszystkie inne – przypomniała
Mira.
- Cofam wszystkie przekleństwa jakie
rzuciłam na kogokolwiek – szepnęła Wanda.
- A teraz ja zdejmuję z ciebie ciężar
choroby, bezdomności i alkoholizmu. Jesteś wolna. Idź i pomódl się na Ligocie.
Podziękuj Bogu za łaskę.
Bezdomna Wanda pokiwała głową ze
spuszczonym wzrokiem.
Gdy podniosła oczy, wzrok ucieszył się
widokiem rozpromienionej słońcem ulicy, drzew poddających wiatrowi
prześwietlone promieniami, zielone, majowe liście.
Dotknęła płaszcza. Wciąż był mokry od
deszczu. Rozejrzała się. Nigdzie nie było widać staruszki z koczkiem. Słońce raziło promieniami. Płaszcz ciążył
mokrą wełną. Odstawiła siatki i zdjęła okrycie. Przyjrzała się zawartości
toreb. Postawiła je przy ulicznym śmietniku. Przerzuciła płaszcz przez ramię i
wyprostowana, radosnym krokiem ruszyła w stronę byłego domu. W końcu chyba ma
do kogo wrócić…
Po kilku krokach zawróciła. Stała
przez moment, a potem skierowała się w górę, w stronę Ligoty.
***
Maluch skwierczał radosnym terkotem.
Jechały w milczeniu analizując, każda w swojej głowie to, co stało się na
szkoleniu. Droga do domu, choć daleka wydawała się zbyt krótka na zamknięcie
wydarzeń szkolenia.
Mira skręciła z autostrady na
Zawiercie.
- Dokąd jedziemy?
- Gdzieś na Jurę.
Zatrzymały się pod zamkiem w Mirowie. Mała
knajpka przy parkingu była otwarta. Jednak minęły ją i ruszyły w górę. Zamek
łopotał wystrzępioną flagą. Restaurowane mury prezentowały kamień w świetle
późnego popołudnia. Choć wciąż zrujnowane, dumnie stały na prastarej skale.
Szły w górę, w stronę ostańców. Przez chwilę patrzyły na wspinacza trzymającego się białej ściany. Wielki mężczyzna wspinał się sapiąc i klnąc na posady świata. Szukał w ścianie wygodnych chwytów i stopni. Narzekał na jakichś idiotów, którzy wyznaczyli drogę. Asekurujący go kolega cierpliwie słuchał wyrzekania. Młoda kobieta siedząca pod skałą patrzyła z zachwytem na wspinacza.
- Drogę ma tam, za lasem. Piękną i
asfaltową, jeśli idzie w skałę, czemu narzeka, że trudno? – zdziwiła się Mela.
- Chwali się. Przecież to czysty
przypadek popisów wigorem i tężyzną fizyczną. To dla tej panny. – powiedziała
Mira.
-
Widać musi się również wykazać przed kolegą wyższością intelektualną –
odparła Mela.
- Tylko czemu klnie na człowieka,
który widocznie umiał coś więcej, skoro wyznaczył taką trasę wspinaczki? Czemu
ludzie rzucają na siebie nawzajem przekleństwa i uroki? Nikomu to nie służy, a
słowo ma swoją moc. Dopiero pomogłam bezdomnej zebrać przekleństwa z ludzi, na
których je rzuciła ze złości na siebie samą, teraz ten. – Mira pokręciła głową z dezaprobatą.
- Szkoda, że nie wie, co robi.
Chodźmy. Bo z tego popisywania przeklnie cały świat.
Poszły dalej. Ścieżka prowadziła
skrajem skalnej grzędy. Łąka i las z lewej strony pachniały łagodną wonią
ziół.
Z naprzeciwka nadjechał rowerzysta.
Sapał i parskał, dzielnie kręcił pedałami. Przejechał tuż obok wiedźm. Poczuły
ciepło jego rozgrzanych mięśni.
Szły dalej szeroką ścieżką. Białe
skały kłoniły się ku południowo wschodniej stronie. Strome stoki nie zachęcały
do wędrówki w górę.
Zatrzymały się przy wkopanej w ziemię
tablicy informacyjnej. Za nią widniał w skale otwór prowadzący do niedużej
groty.
- Bobolus Jurajski – przeczytała Mira
– też pomysł!
- I niedźwiedź! – doczytała Mela.
- Pewnie Bobolus mieszkał w tej
jaskini z niedźwiedziem, bo było mu zimno – wyraziła przypuszczenie Mira.
- Najpierw go sobie oswoił, przynosił
mu mięcho, co mu zostało z polowań – Mela puściła wodze fantazji – i niedźwiedź
go polubił i nie zeżarł.
- Nic nie piszą o pani Bobolusowej,
przecież nie siedział sam w takiej chałupie – uśmiechnęła się Mira.
- Może Bobolusowa miała uczulenie na
sierść? Z resztą miał niedźwiedzia. To po co mu Bobolusowa?
- No, chyba dla podtrzymania gatunku.
- To nie mógł mieć. Musiał być
samotnikiem, bo przecież wyginął.
- Jesteś pewna? A ten gość pod
sklepem, któregośmy widziały po drodze? Bobolus jak żywy! Może nawet trochę
zmieszany z niedźwiedziem, bo kosmaty taki raczej był...
Roześmiały się. Lubiły dorabiać swoje
wymyślone historie do różnych rzeczy.
Mira usiadła na kamieniu przed grotą.
Odwróciła twarz do przedwieczornych promieni słońca. Przyglądała się szerokiemu
widokowi. Ptaki śpiewały. W oddali nawoływała kukułka.
- Chyba usiadła w jakimś dobrym
akustycznie miejscu, bo słychać ją, jakby to był wielki kukuł – powiedziała
Mela z powagą.
Mira patrzyła na sójki przelatujące z
drzewa na drzewo. Las wydawał się być blisko, a przecież łąka przed nimi była
szeroka. Pustułka zawisła w powietrzu. Po chwili pofrunęła w stronę skał.
Mira czuła na twarzy podmuch wiatru.
Poczuła że chce przez chwilę latać jak ptak. Zapragnęła tego tak mocno, że
rozłożyła ramiona i przykucnęła, jakby chciała wybić się w powietrze. Wiatr
oparł się na lotkach. Mira zobaczyła, że zamiast ramion ma skrzydła. Czerń piór
połyskiwała granatowo. Zamachała skrzydłami. Kilka razy przysiadła na nogach i
ku zdumieniu Meli wielkie czarne ptaszysko niezgrabnie uniosło się w górę.
Przez chwilę Mira trzepotała
skrzydłami, wyczuwała jak współpracować z powietrzem, wiatrem, przestrzenią. Po
chwili szybowała poddając się nieznanym dotąd siłom, wzbijała się wyżej i
wyżej. Leciała nad lasem, tuż nad koronami drzew. Z góry wyglądały jak krzaki i
zarośla, gdy uniosła się wyżej, miała wrażenie, że w dole jest sam mech.
Zawróciła w stronę skał. Wielki mężczyzna wciąż tkwił w ścianie uwieszony na linie. Mira podleciała blisko i usiadła na wapiennym szczycie. Przyglądała się wspinającemu. Niewygodnie było patrzeć raz prawym, raz lewym okiem.
- Co za idiotyczny pomysł! Nie lubię
takiego szukania trudności na siłę – złościł się mężczyzna – żeby cholera go
wzięła.
- Uważaj, spadniesz – usłyszał z góry
kobiecy głos. Spojrzał zdziwiony. Nikogo, poza wielkim, czarnym ptakiem. W tym
momencie noga oślizgnęła się i mężczyzna stracił równowagę.
- Kurrr… - zmełł przekleństwo w zębach
– żeby pokręciło tego idiotę, który wyznaczył tu drogę!
- Pilnuj się, żeby ciebie nie
pokręciło. Złe słowa rzucasz na ludzi – Mira przeleciała obok ucha mężczyzny.
- Cholera! Jakiś ptak tu lata!
- Może broni gniazda – padło z dołu.
- Dobra, próbuję jeszcze raz!
Znów mozolne poszukiwanie chwytów i
stopni, łydki drżące z wysiłku, napięte ścięgna ramion i ból palców
trzymających małe, niewygodne chwyty. Miejsce, w którym lina przypięta jest do
ściany jest dwa metry pod nim.
Boi się – pomyślała Mira. Podleciała
do ucha mężczyzny.
- Cofnij przekleństwo!
Nie usłyszał. Z wysiłkiem wlazł w
wygodne miejsce i wpiął linę w kolejny uchwyt. Odpoczywał.
Mira znów podleciała blisko. Miała
teraz wygodne miejsce, żeby przysiąść na skale obok wspinacza.
- Sewerynie – powiedziała do niego po
imieniu – proszę, cofnij przekleństwo rzucone na człowieka.
Spotkali się wzrokiem.
Seweryn patrzył na ptaka z niemym
zachwytem. Czarne pióra były w zasięgu ręki. Przez chwilę wydawało mu się, że
widzi staruszkę, która niedawno przechodziła ścieżką.
- Chyba muszę odpocząć – mruknął.
- To swoją drogą. Ale najpierw wygaś
nienawiść do świata, którą nosisz w sercu. Do świata, ludzi, żony i kolegów.
Potem będzie ci łatwiej zdobywać szczyty.
- To nie jest możliwe – szepnął – żeby
ptak do mnie nie mówił ludzkim głosem.
- A jednak mówi – potwierdziła Mira.
Przefrunęła i usiadła na ramieniu człowieka. Łapami wyczuwała spięte mięśnie.
Nie od wysiłku, ale od codziennego stresu. Lekarz – pomyślała.
- Cofnij przekleństwo szepnęła mu do
ucha. Cofnij przekleństwo, bo cię dziobnę, choć się brzydzę.
Na dole młoda kobieta celowała w scenę
aparatem fotograficznym. Dobry zoom sprawił, że ujęcie było perfekcyjne.
- Cofam przekleństwo – powiedział
Seweryn nie swoim głosem.
- No! – Mira była zadowolona – a teraz
spokojnie, bo jesteś w emocjach. Powoli zejdź na dół, tu nic dziś nie
zdziałasz. To nie kolega źle trasę wyznaczył, tylko tobie nie starcza
umiejętności. I sił. Przyznaj się do tego. To bardziej imponuje kobietom niż
robienie z siebie nieomylnego sędziego nad innymi. A jak poczujesz, że chcesz
porozmawiać z kimś o swoim życiu, to przyjedź do wiedźm pod Tomaszowem. – Mira
uścisnęła lekko łapkami ramię mężczyzny, odwróciła się i sfrunęła w dół.
Przysiadła przy kobiecie,
przypatrywała jej się przez chwilę.
Dziewczyna wolnym ruchem podniosła
aparat do twarzy. Mira z zadowoleniem pozowała do całej sesji zdjęć.
Nagle, jakby czymś spłoszona poderwała
się i poleciała nad las. Zawróciła i wreszcie i niezbyt zgrabnie wylądowała na
trawie obok Meli. Chwilę siedziała bez ruchu. Otrzepała się po ptasiemu i
poczuła, że jej skrzydła stają się na powrót rękami.
- No nieźle ci odwaliło – szepnęła
Mela, która obserwowała Mirę z zapartym tchem.
- Nie sądziłam, że to możliwe –
wychrypiała Mira – bałam się, że się przestraszę i spadnę.
- Ja też. Mogłaś mnie ostrzec!
- Przepraszam, nie zdążyłam! Sama
jestem zdziwiona, że to się wydarzyło…
- Ok. Chyba rozumiem.
- A ja nie. Nie rozumiem jak to się
stało. Po prostu zapragnęłam polecieć jak ptak i poleciałam.
- Ciesz się tym. Wystarczy.
- Poleciałam do tych wspinaczy i
kazałam cofnąć przekleństwo temu na górze.
- I cofnął?
- Tak! – rzekła Mira triumfalnie.
- Wariatka – roześmiała się Mela –
mogłaś go zabić, albo sprawić, że zafajda portki.
- Chyba był blisko – Mira roześmiała
się serdecznie.
Ruszyły dalej. Mira myślała o swoim
doświadczeniu latania, o tym, że pragnienie, mocne, prawdziwe, płynące z serca
mogło się urzeczywistnić tak po prostu i tak szybko.
- Wiesz – zagadnęła Mela. Zastanawiam
się, do czego nas to szkolenie doprowadzi.
- Chyba w jakieś miejsce, w którym
jeszcze nie byłyśmy.
- Tak myślę o tym, czego tam uczą.
Ogromny program i wyjdą z niego dobrze przygotowani ludzie, ale co się z tym
stanie? Inni mają jakieś osadzenie we współczesności, ale my?
- My mamy osadzenie w chacie.
- I właśnie tego się boję, że chata
zmieni charakter.
- Że co?
- Że będziemy potem musiały prowadzić
jakieś edukacje dla dzieci.
- I tak ciągle mamy jakieś trudne
przypadki.
- No właśnie. Do tej pory pracowałyśmy
z ludźmi indywidualnie, a teraz będzie nam Kazik przysyłał jakieś grupy.
- E nie znajdzie tyle grup.
- A jak znajdzie?
- To będziemy się świetnie bawić.
- Ale ja nie lubię dzieci – jęknęła
Mela.
- No co ty? Zawsze lubiłaś!
- Nasze. Ale z cudzymi w dużych
ilościach mam kłopot. Są takie ruchliwe i strasznie wrzeszczą.
- Cholera. Jak Kazik nam wciśnie
dzieci, to będziesz miała kłopot… Ale nie martwmy się tym teraz, tu jest
za ładnie na martwienie się.
- Dobra.
Zawróciły, bo słońce schowało się za
wieczornymi chmurami. Szły w milczeniu rozważając każda swoje myśli.
Przechodziły obok wspinaczy, którzy porządkowali sprzęt i zwijali linę. Wielki
mężczyzna był milczący. Spojrzał w kierunku staruszek. Mira puściła do niego
oko. Sewerynowi karabinki z brzękiem wypadły z rąk. Zrobił ruch w kierunku
wiedźm i cofnął się.
- To musi być niezwykle ciekawie tak
wspinać się po skałach – zagadnęła Mira.
Poznał jej głos.
- Tak, lubimy to – powiedziała młoda
kobieta.
- Ważne, żeby nie przeklinać tak
strasznie – rzekła Mira, mimo, że twarz Seweryna była biała jak skała na którą
niedawno wchodził.
Poznał ją, zrozumiał, że nie miał
przywidzeń.
Były już prawie przy zamku, gdy je
dogonił.
- Przepraszam – wysapał – chciałem
zapytać, czy wiedzą panie jak trafić do – zająknął się – do wiedźm pod
Tomaszowem?
- Wiemy – Mela przejęła rozmowę –
trzeba jechać na Smardzewice, a potem prosto i w lewo za starą kurzą fermą. Jak
ktoś chce, droga sama prowadzi.
- Ale to nie możliwe żeby ptaki mówiły
– prawda? – upewnił się po dziecinnemu. Sam przed sobą wstydził się tych słów,
ale powiedział je.
- Ptaki mówią, ale ty ich rozumieć nie
możesz. Możesz natomiast rozumieć człowieka, który mówi, choć przybrał formę
ptaka.
- Jestem specjalistą od… zaczął
Seweryn, ale wiedźmy mu przerwały.
- Wiemy kim jesteś. Wiemy na czym
polega twoja praca. Jesteś zdrowy na umyśle. Musisz tylko pozbyć się nienawiści
do ludzi, bo przestaniesz móc pracować i nigdy nie poczujesz się szczęśliwy, a
przecież dziś mogłeś. – Mela mówiła łagodnie – przyjedź do chaty, teraz nie
czas na rozmowy.
***
Wreszcie dostały piękne certyfikaty.
Mnóstwo logotypów, pieczęci i podpisów pstrzyło format eleganckiego wydruku.
- Widzisz, do czego, zupełnie
niechcący, doszłyśmy na stare lata? – zapytała Mira.
- Zupełnie niechcący, ale fajnie było,
nie licząc absurdu podpisywania się na pięciu listach dziennie.
- Podpisałyśmy nawet potwierdzenie
otrzymania dyplomu – zaśmiała się Mela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz